Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

26 czerwca, 2017

Ile trwa naprawa pralki...

Ten rok jest dla mnie czasem próby w kwestii cierpliwości. Nie wiem jeszcze jaki to wszystko ma cel, ale wierzę, że będzie mi dane poznać powód.

Minął miesiąc - dokładnie wczoraj. 

Spod pralki 24 maja polała się woda. Na nasze szczęście (lub nieszczęście) kupując pralkę zdecydowaliśmy się na opcję pełnej ochrony i 5 letniego ubezpieczenia. Następnego dnia (25 maja) zgłosiliśmy do ubezpieczalni awarię pralki. Oczywiście procedury sprawiły, że fachowiec pojawił się dopiero we wtorek, czyli 30 maja i stwierdził, że jest pęknięty zbiornik. Mamy czekać. W mailu radośnie obwieszczono nam, że do 14 czerwca powinna do serwisu dotrzeć potrzebna część. 
Można się domyślić, jak funkcjonuje rodzina 7 osobowa bez pralki... Na szczęście Bóg czuwa, i znalazł się Ktoś, kto pożyczył pralkę... 
Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, 9 czerwca okazało się, że przyjedzie fachowiec i naprawi pralkę. Przyjechał, naprawił i kazał przez kilka godzin nie ruszać, bo musi coś, czym kleił wyschnąć. Czekamy. Wieczorem puszczamy pranie i... spod pralki dalej się leje.
Trzeba czekać do poniedziałku i kolejne zgłoszenie - reklamacja naprawy. Trzy dni czekania i 13 czerwca przychodzi kolejny Pan z serwisu. Okazuje się, że ten co przekładał zbiornik nie podłączył jakiegoś węża... Naprawia. Woda się nie leje, ale... sączy, na tyle subtelnie, że mokra podłoga zostaje zrzucona na kąpiące się w łazience dzieci. Czternastego jedno pranie, piętnastego przerwa, szesnastego drugie pranie, siedemnastego trzecie pranie i znów wycieka woda, teraz już konkretnie. Na tyle, że parkiet przy łazience lekko puchnie.:(
Znów trzeba czekać do poniedziałku by zgłosić usterkę - reklamację reklamacji naprawy. Na zgłoszenie Pani w ubezpieczalni odpowiada: "...w przeciągu 2-3 dni ktoś z serwisu skontaktuje się z Panią...". Nie wytrzymałam. Zareagowałam stanowczo, ale bardzo kulturalnie. Skomentowałam przebieg usterki, tryb naprawy, warunki ubezpieczenia, szybką obsługę i zadowolenie klienta, które ponoć gwarantują. Przynajmniej była reakcja, bo w przeciągu dwóch godzin zadzwoniła Pani z serwisu i oznajmiła, że w środę (21 czerwca), będzie serwisant. Owszem był, stwierdził, że to "błąd ludzki" - jego kolega nie dokręcił czegoś na grzałce. On to dokręcił, kazał poczekać, aż pralka przeschnie i zapewnił, że teraz, to już pralka będzie śmigać. 
Poczekałam do wieczora... nastawiłam pranie, dość sprawnie poszło (wręcz o wiele za sprawnie - bardzo szybko została wyprana zawartość), pranie przy wyjmowaniu było wyjątkowo zimne... Hm... Oczywiście u mnie w głowie zabłysła już czerwona lampka. Testuję dalej - włączam kolejny program, bo przecież trzeba nadrobić pranie z kilku dni (pożyczona pralka już została odłączona, bo nasza miała "śmigać")... Teraz to już był ekspres, 10 minut, ciągłe dolewanie wody i... zakończenie prania. Myślę sobie - pewnie coś fiksuje przez te wszystkie naprawy. Odłączyłam na jakiś czas pralkę z sieci, następnie nastawiłam timer, na poranne pranie. Po dziesięciu minutach pralka sygnałem dźwiękowym obwieściła zakończenie procesu. I tak trzykrotnie. OK - Poczekam do rana.
Rano jeszcze kolejna próba nastawienia jakiegokolwiek programu (choć bez wielkich nadziei) i oczywiście totalne fiksowanie programatora. Dobrze, że zanotowałam telefon do serwisu. Tuż po siódmej zadzwoniłam do serwisanta (przerwałam mu śniadanie). Oczywiście czwartek został już rozplanowany u klientów, więc pan miał się pojawić w piątek rano (czyli między 9.00 a 10.00). 
W piątek serwisant zdecydował, że zabierają pralkę do zdiagnozowania, i tam podejmą decyzję co do naprawy. Są dwie możliwe usterki - spalona grzałka, albo zepsuł się programator.  Dzwoniłam dziś przed południem z prośbą o informację co dalej. Na razie cisza - serwis milczy, a ja miesiąc nie mam swojej pralki...

Refleksji nasuwa mi się kilka, ale powstrzymam się z wyrażeniem ich do czasu, aż odzyskam sprawną pralkę.

Myślę, że niebawem opiszę, ile trwa naprawa samochodu... ;)

08 lipca, 2014

Zrobiłam sobie próbę do opisania tego co u mnie. Domyślam się, że brzmi to trochę dziwnie. Moja próba wyglądała tak: usiadłam przed monitorem i zaczęłam się zastanawiać od czego zacząć... Długo się przybierałam, bo tyle czasu upłynęło, że nie wiem co ruszyć na początek. 
Podczas mojego milczenia: spędziliśmy w rodzinnej atmosferze Święta Wielkanocne z rodzicami/dziadkami i urodziny Tomeczka; był pogrzeb w bliskiej rodzinie i wizyta w przepięknym Przemyślu; był jednodniowy wypad do Krakowa na spotkanie z Przyjaciółmi (którzy na kilka dni tam zawitali); była Komunia Święta mojego Chrześniaka; były wizyty w różnych poradniach; były urodziny Marcinka bez świętowania; była Pielgrzymka Mężczyzn do Piekar i weekendowa wizyta Gości z tym związana; był Dzień Matki; był potworny ból kręgosłupa, zapalenie zatok i krtani i wiele, wiele innych codziennych przypadków...
Potem zawitał czerwiec, a w nim Dzień Dziecka, kolejne poradnie, plener zorganizowany przez nasze Muzeum Miejskie; zakończenie roku szkolnego i radość z rozpoczynających się wakacji.

Brzmi to niczym wyliczanka z kalendarza.
Wydarzenia o których mówię są różnego zabarwienia. O niektórych można pisać dużo i kwieciście, o innych najchętniej bym milczała. Samo życie, wiem - ale chciałabym się nim dzielić.

Dlatego będzie mały misz-masz i tematy nieco spóźnione, dorzucane na bieżąco.:)

A teraz pragnę się podzielić - właściwie już na dobranoc - tym, co mi dzisiaj w duszy gra...

Niebawem będzie mnie więcej. Dobranoc.:)

11 kwietnia, 2014

Co mnie wkurza cz. 1

Wiem, że każdy z nas ma takie rzeczy, które w zależności od nastroju i dodatkowych czynników potrafią nas wkurzyć.:) Pomyślałam sobie, że mogę opisywać rzeczy, tematy czy sprawy, które potrafią mnie zirytować, wkurzyć a nawet rozwścieczyć. Będzie trochę z przymrużeniem oka, a trochę na serio. :)
Na pierwszy rzut rzecz, która jest obecnie w stałym repertuarze moich czynności domowych. Może dlatego jako pierwsza przyszła mi do głowy. Dzieje się tak z powodu "posiadania" małych dzieci. Wykonywanie jej raz dziennie to standard, zdarza się nawet 3-4 razy i co najgorsze, bardzo szybko nie widać, że owa czynność była czyniona! Mam tutaj na myśli MYCIE PODŁOGI.
Wkurza mnie niemiłosiernie, gdy zaraz po tej czynności "coś" musi się zdarzyć, wspomniane "coś", to nic innego jak rozlanie czy rozsypanie przeróżnych substancji obecnych w domu. Rozsypanie to pół biedy, bo odkurzacz - także w stałym repertuarze -  idzie w ruch i szybko po sprawie. Zalania myć trzeba. Nie ma oczywiście z tego tytułu żadnych złośliwości czy krzywdy dla "winowajców", ale w duchu sobie ulżyć potrafię, używając również słownictwa niecenzuralnego.
Mam wrażenie, że każdy kto do mnie przychodzi patrzy mi na podłogi i akurat wtedy, te nie są "wystarczająco" czyste,a przecież w domu małe dzieci...
Wiem, że zapewne to moja obsesja, i wiem, że obiektywnie patrząc źle nie jest, ale...;-)

08 kwietnia, 2014

Odroczenie

Tomek już oficjalnie odroczony. Tzn. już mam dokumenty na odroczenie. Opinię z poradni odebrałam wczoraj. Nie pójdzie jako sześciolatek do szkoły. Ufff! Badania miał pod koniec lutego i na początku marca. Wczoraj też miał badanie słuchu. Niestety, wydruki które dostałam niewiele mi mówią, a wizytę u laryngolog będę miała dopiero na początku czerwca. Trzeba czekać. Jeszcze badanie wzroku go czeka, a potem komplet badań idzie dalej.
Wczoraj, oprócz tych dwóch spraw byliśmy z Tomkiem w Urzędzie Miasta po stały dowód rejestracyjny naszego auta. Spędziliśmy tam ponad 45 minut. W kolejce w sumie chyba ze 30 osób, większość wkurzona tym, że musi stać. W pewnym momencie nawet posypały się niewybredne komentarze na temat pań pracujących w okienkach. A okienka całe dwa. Trochę za mało na takie tłumy. Tym bardziej, że zarejestrowanie, wyrejestrowanie, odebranie tymczasowego dowodu rejestracyjnego i stałego tylko w tych dwóch okienkach. Nie będę komentować tego, bo to kwestia, którą należałoby poruszyć u kogoś, kto zarządza strukturą urzędu. Ale uważam, że kobiety, które tam pracują niczemu nie są winne. Obsługują normalnie, bez ociągania. Tak sobie myślę, że niewielkim wkładem można by sobie dzień umilić. Nawet w takiej kolejce. Ludzie warczą do siebie, wykłucają się o to, kto kiedy wchodzi. A prawda jest taka, że ani kłótnie, ani warczenie na drugiego nie przyspieszą tej kolejki. Jedynie zniesmaczą oczekiwanie, bo z przyczyn wiadomych (dwa okienka) trzeba odstać swoje. Tomek przynajmniej miał bonusa w postaci gry na mojej komórce.:) A, że czas przy zabawie szybko upływa, to mile był zaskoczony, gdy się zorientował, iż już za chwilę my wchodzimy załatwić sprawę. 
Od soboty dokuczał mi ząb, niestety wczoraj nie udało mi się dostać do dentysty. Za dużo bolących zębów wczoraj było. Dopiero dziś rano miałam wizytę - "borowanie, czyszczenie, klejenie", efekt jest - ząb nie boli. To najważniejsze.:) Przy okazji chłopcy też mieli przegląd. Franek w foteliku cierpliwie czekał na finał sprawy. Chłopcy za to świetnie się bawili. Nie zachowywali się głośno, ale z racji, że było ich trzech i cały czas gadali, to nie dało się ich nie słyszeć z poczekalni. Na szczęście nasza Pani Doktor, to cierpliwa kobieta i lubi naszą rodzinkę. :)

06 kwietnia, 2014

Migawka

Tak wygląda styrany ćwiczeniami na klawiszach ośmiomiesięczny szkrab.;)
Nie mogłam się powstrzymać.:-))
Niedziela mija dziś spokojnie, może poza krótkim "fochem", który dopadł Wercię, ale na szczęście szybko minął. Nie daliśmy się z mężem sprowokować.;) 
Wojtek miał służbę o siódmej, więc z rana pojechaliśmy razem. Stwierdził, że on woli poranne służby, bo potem ma cały dzień wolny. Wcale mu się nie dziwię, jak jak byłam młodsza to zazwyczaj rano chodziłam, wieczorami tylko sporadycznie.
Marcinek ćwiczy. Mówienie. Widzę jak się stara, jak wprowadza powoli nowe wyrazy do swojego słownictwa, błysk w oku i satysfakcja gdy się uda wyraźnie powiedzieć. Dziś na tapecie "mama...łaga" czyli mambałaga. Piękne to.
Przyjemnie jest patrzeć jak dzieci wspólnie się bawią. Oni z radością spędzają ze sobą czas, pomimo różnicy wieku potrafią się sobą zająć.
Ach i jeszcze nasze wiosenne "zdobycze" z minionego tygodnia!

04 kwietnia, 2014

Mambałaga

Od dwóch dni jestem wykończona. Kręgosłup daje popalić. Ćwiczenia niewiele pomagają.
Franek najprawdopodobniej miał trzydniówkę. Bo żadnych objawów oprócz wysokiej gorączki nie było. Marudny był straszliwie, tylko na rękach się uspokajał, więc noszenie go swoje zrobiło. Ale nie miałabym sumienia zostawić takiego maleństwa i nie utulić gdy źle się czuło.
Ja powoli przedzieram się przez tematy szeroko pojętej codzienności.
Marcinek natomiast od kilku dni codziennie chce słuchać tej oto piosenki.:) Po kilka razy. Przyznam, że nie byłam nigdy fanką tego zespołu, do czasu... Ostatnio sama włączam i słucham.


Rozbraja mnie, jak on się zasłuchuje w tej piosence. I jak się przy niej rusza!:)


01 kwietnia, 2014

Obiadek

Dziś, czekając w przedszkolu na Tomeczka (ubierał się), usłyszałam taką oto rozmowę:
M.: E., czy zjadłaś dzisiaj obiadek?
E.: Obiadek? Oczywiście, że zjadłam! I to cały obiadek.
M.: Naprawdę zjadłaś cały obiadek? Tak ci smakował? (nadzieja w głosie)
Przechodząca akurat korytarzem intendentka odezwała się: E. nie zjadła dzisiaj obiadku.
Na co rezolutna E.: Prima aprilis!
W tym momencie pani intendentka zaśmiała się i dodała:  Oj, gdybyś zjadła ten obiadek to wszyscy byśmy dzisiaj mieli prima aprilis.
E. to niejadek, jej mama strasznie nad tym ubolewa, więc jednym z często poruszanych tematów z typu "co było dzisiaj w przedszkolu", są pytania o posiłki.

Rozumiem mamę tej dziewczynki.:) Tomek także jest niejadkiem (wzrokiem i zapachem potrafi ocenić, czego nie lubi i co mu na pewno nie posmakuje), choć ostatnio przynajmniej wszystkiego w minimalnej ilości próbuje. Ja także podpytuję go często co pysznego, nowego zjadł.:)


29 marca, 2014

...

Dziś byliśmy całą familią na zakupach. Główne zakupy to bielizna, oraz obuwie (dzieci szybko wyrastają z rzeczy). W związku z wyjściem całą rodzinką, muszę podzielić się pewną refleksją... Mianowicie, jak idziemy razem - a jest nas dwójka dorosłych i piątka dzieci - widzę, jak wiele osób liczy nam dzieci. Nie jest to temat, który dopiero teraz zauważyłam, dziś się nim dzielę. Czasem głowy ludziom aż "chodzą"... Ja wiem, żeśmy "rodzina wielodzietna", ale czasem kaprys na twarzy potrafi zirytować. Niektórzy reagują tak, jakby łożyli na nasze dzieci i irytował ich fakt, że mamy ich aż "tyle". Wiem, że nie powinnam się tym przejmować, zwyczajnie nie zauważać, ale niekiedy po prostu nie da się. Dziś nawet kilka razy usłyszeliśmy komentarze słowne. Czy naprawdę ludzi już tak szokuje widok normalnej rodziny z piątką dzieci? Rzadko wychodzimy z całą piątką jednocześnie, a jak tak się dzieje, to nie użeramy się ani nie złościmy, bo dzieci są posłuszne (w granicach normalnych zachowań), nie są nazbyt hałaśliwe, jedynie gadatliwe.;) Może ta normalność po prostu zaskakuje. Może to, że nie wyglądam na umęczoną styraną mamę, tylko na zadowoloną z życia i z tego "co mam" tak szokuje? Nie wiem.

Zaczynam świętowanie.;) 
Wczoraj dostałam pierwszy prezent urodzinowy.:) Śliczne kolczyki zrobione przez moją siostrę. Do tego kartka własnoręcznie zrobiona. Milutko, szczególnie, że mieszkamy kawał drogi od siebie.:) Zdjęcia dorzucę nieco później.
A teraz już zmykam do łóżka, bo dzisiajszej nocy, sen krótszy o godzinę...  Czas letni wita.

02 marca, 2014

Tego mi ostatnio potrzeba...

Modlitwa o pogodę ducha
Wersja skrócona znaleziona w sieci:
Panie, 
użycz mi odwagi, 
abym zmieniał to, co mogę zmienić, 
pogody ducha, 
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, 
oraz mądrości, 
abym odróżniał jedno od drugiego.

Pełna wersja tej modlitwy:

Boże,
użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić.
Odwagi, abym zmieniał to,
co mogę zmienić.
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Pozwól mi co dzień
Żyć tylko jednym dniem
i czerpać radość z chwili, która trwa;
i w trudnych doświadczeniach losu ujrzeć
drogę wiodącą do spokoju;
i przyjąć – jak Ty to uczyniłeś
- ten grzeszny świat takim,
Jakim on naprawdę jest,
a nie takim jak ja chciałbym go widzieć;
i ufać, że jeśli posłusznie poddam się Twojej woli,
to wszystko będzie jak należy.
Tak bym w tym życiu osiągnął umiarkowane szczęście,
a w życiu przyszłym, u twego boku, na wieki posiadł
szczęśliwość nieskończoną.

Autorstwa ponoć Marka Aureliusza (doczytałam się sprzecznych informacji).
Może komuś pomoże. Ja się nią ostatnio "wspieram".
Dobrej nocy.

16 lutego, 2014

Malowanie paznokci

Znów piszę po dłuższej przerwie. U mnie ciągle brakuje czasu i sił na pisanie. Każdy dzień wypełniony po brzegi. Pocieszam się, że to stan przejściowy. No nic, teraz do rzeczy.
Nie wiem czy inne mamy tak mają, ale ja...
Na "siebie" zazwyczaj mam bardzo mały wycinek czasu. Przy naszych dzieciach moje "potrzeby" schodzą na dalszy plan. Oczywiście nie skarżę się, tylko stwierdzam jak jest. 
Z ostatnich takich zabawniejszych spraw było właśnie malowanie paznokci. Pewnego ranka, w czasie naszych ferii zebrałam się do pedicure. Postanowiłam pomalować paznokcie u stóp kolorem i to całkiem odważnym - różowym.;) Jak to się skończyło? Ano tak, że chodziłam prawie dwa tygodnie z nie do końca umalowanymi paznokciami (dobrze, że to zima).;) Musiałam przerwać z jakiegoś powodu "nie cierpiącego zwłoki", no i przerwałam na całkiem spory czas.;) Kilka dni od wspomnianego malowania była u mnie dobra koleżanka w pewnej sprawie i wydawało mi się, że chyba zauważyła stan moich paznokci, ale nic nie powiedziała. Bardzo możliwe, że taktownie nie chciała mnie wprawić w zakłopotanie... nie wiem.:)
Ktoś może skomentować - dziewczyno, masz jeszcze czas na takie rzeczy? Cóż... od czasu do czasu mam. Bardzo późno zaczęłam malować paznokcie, a u nóg to już w szczególności. Doszłam kilka lat temu do wniosku, że to nic złego i nie jest to przejaw próżności, tylko dbanie o siebie (kiedyś było mi głupio, gdy miałam pomalowane paznokcie na jakikolwiek kolor - jeśli już, to tylko bezbarwny). Teraz już palce umalowane w komplecie. Córka mnie zmobilizowała dopytywaniem o stan paznokci.

Jeszcze coś z innej beczki.
Bardzo cieszą moje serce wygrane naszych sportowców w Soczi. Duma rozpiera gdy ma się takich reprezentantów.:) Tylko Bogu dziękować za takie postawy.

15 stycznia, 2014

Zegar

Pomyślałam sobie, że pochwalę się, co ostatnio zrobiłam do pokoju mej córki. Otóż dobrych kila lat wisiał w naszej kuchni i dobrze nam służył - zegar. Był to jeden z najtańszych ikeowskich zegarów. Tutaj można podejrzeć, o który chodzi. Tyle, że w naszym domu mamy granatowy.
Niestety ze starości tarcza zegara zeschła się i zaczęła pękać, a na górze przy godzinie dwunastej i pierwszej odstawać tak, że haczyła o wskazówki.
Przez fakt, że tak niszczał, planowaliśmy zegar wymienić. Nadarzyła się okazja, bo dostaliśmy ładny zegar ścienny od mojej siostry i szwagra.

Mam coś takiego, że jeśli rzecz nie jest popsuta i można ją jeszcze wykorzystać do czegoś, to mam opory z wyrzuceniem jej. Czuję, że to marnotrawstwo. Ten zegar, poza koszmarnie starzejącą się tarczą, mechanizm ma bez zarzutu, nie spóźnia się. Zrodził mi się w głowie pomysł, na zrobienie nowej tarczy i przeznaczenie go do pokoju dzieci. No to się do tego zegara dobrałam.;)
W sumie niewiele było potrzeba. Na tarczę użyłam starą torebkę po prezencie, cyferki - wybrane i wydrukowane z Word'a. Do tego klej magik, nożyczki, ekierka i ołówek.
Tutaj jest efekt moich poczynań.;) Jeszcze nie na docelowym miejscu. Jestem z siebie zadowolona, bo za zegar z licencjonowanym obrazkiem trzeba zapłacić przynajmniej 25 - 30 zł, i prawda jest taka, że bym takiego zegara nie kupiła. A tak, niewielkim nakładem pracy własnej jest.


A do tego najważniejsze! Córce bardzo się podoba i już mi powiedziała, że musimy kupić jeszcze jeden taki zegar i dla chłopców przerobić...

16 grudnia, 2013

Skrzydła anioła * (aktualizacja)

Wczorajsza niedziela, zaczęła się dla nas wcześnie. Wojtuś miał służbę na 7.00 rano, więc pobudka była niewiele później jak na roraty. Natomiast w popołudniowej części, dla mnie upłynęła pod hasłem "strój aniołka". 
Tomek w najbliższy piątek ma w przedszkolu jasełka. Występuje w roli aniołka. Pani wystosowała prośbę o przygotowanie stroju. No i z tego powodu tworzyłam wczoraj skrzydła anioła.:) W sumie jestem zadowolona z efektu. Zrobiłam je z tektury, czterech kartek zwykłego papieru A4, białej bibuły i szerokiej białej gumy. Dodatkowe pomoce, to nożyczki, klej do papieru, igła i biała nić. Dorzucę zdjęcia, jak tylko je zrzucę z aparatu. To jest pięciolatek, więc uznałam, że nie będę szykowała mu nie wiadomo jakiego stroju. Tym bardziej, że będą to jasełka grupowe, a nie ogólnoprzedszkolne. Reszta stroju, to będzie biała bluzeczka, białe rajstopy, opaska z gwiazdką na czoło.
Poza tym musieliśmy usiąść z mężem wieczorem (jak już wszystkie pociechy zasnęły), domówić temat gwiazdkowych prezentów i przygotować listę spraw do ogarnięcia w tym tygodniu. Skończyliśmy na tyle późno, że rano mój kochany Małżonek, ze zmęczenia, przysnął na roratach (takie sytuacje mu się nie zdarzają). Z resztą, Wojtek z powodu późnego wyjścia z domu dzisiaj na roratach nie służył.
Dzisiaj natomiast codzienne i dodatkowe sprawy do ogarnięcia. :) Czas goni, a są rzeczy, które zrobić trzeba mimo, że na święta wybieramy się do Rodziców. Np. będziemy lepić uszka z grzybami (robię je wcześniej i mrożę). Poza tym, chciałam zrobić kartki na święta. Niestety nie dla wszystkich, ale przynajmniej dla naszych Dziadków, a pradziadków naszych dzieci. Pomysł już mam, efekty zamieszczę jak najszybciej się uda.
Zmykam.:)

* Jednak szatkę dla mojego Anioła zrobiłam.
Oto zdjęcie skrzydeł i Aniołka.:)




13 grudnia, 2013

Kozaki

W nawiązaniu do wczorajszego przypadku szkolnego, dzisiaj zdarzyła się taka oto sytuacja. 
Wojtuś, po czterech lekcjach wraca ze szkoły - o dziwo nadzwyczaj szybko, jak na jego powroty. Już w drzwiach zaczyna się skarżyć, na buty i stwierdza, że chyba nie swoje wziął bo są "jakieś luźne bardzo". Patrzę, a on w kozakach tego samego modelu - owszem - ale o cztery numery większych.:) Mówię mu - Synu, ty kogoś innego buty założyłeś - najpewniej kogoś z trzeciej klasy (mają wspólną szatnię z klasą trzecią). Musisz iść i zamienić. Zaczął mi tłumaczyć, że nie znajdzie, albo się pomyli i poprosił mamusię by to załatwiła. On popilnuje braciszków, na pewno nic się nie stanie.
Poszłam i zamieniłam. W szatni stały jego butki. Zastanawiam się o czym on myślał, jak je nakładał... Dobrze, że szkoła tak blisko domu. Zajęło mi to dosłownie 5 minut. A buty już podpisane, by nie doszło do kolejnej pomyłki.:)

12 grudnia, 2013

Flet i strój gimnastyczny;)

Dziś mam dzień, w sumie jak co dzień.;) Ale jakoś bardziej daje w kość.
Wkurza mnie ciągłe ogarnianie mieszkania, którego po godzinie (gdzie tam!), po 15 minutach nie widać. Mam ochotę wtedy warczeć ze złości. Ciągle coś.
Planuję sobie zdania do wykonania i ledwie się wyrabiam. Każda czynność jest skutecznie przerywana w innej nagłej potrzebie. Wiem, że to normalne przy takiej rodzince, ale czasem potrafi wkurzyć. Bo czas, który sobie skrzętnie gospodaruję, ciułam w minutkach pojedynczych, by móc na moment przysiąść i zrobić coś dla siebie jest mi zręcznie "wydzierany".
Choćby dzisiaj. Dzwoni moje dziecię najstarsze, po pierwszej swojej lekcji, ze łzami w głosie, że fletu zapomniała. Ja krzątam się jeszcze w stroju "wieczorowym", bo nie planowałam wychodzić. Super. No i co robię? Ekspresem przebiórka, biegiem do szkoły z bezcennym instrumentem (z myślą w głowie, że jej powiem co o tym myślę, jak wróci ze szkoły, i że to pierwszy i ostatni raz). Pukam, wchodzę do klasy, zamieniam dwa zdania z panią, przekazuję przedmiot i na odchodne słyszę: "Zdążyła pani w samą porę, ale nic by się nie stało, jakby Wercia dzisiaj nie miała fletu, bo ona już ma wszystko pozaliczane" - słowa pani M. z uśmiechem. Uśmiecham się, wychodząc spoglądam na córę, która przepraszająco się uśmiecha. "Ekstra" - myślę. Owszem, cieszę się, że uczy się piosenek i zalicza granie w pierwszych terminach, ale z fletem lecieć musiałam.:-]
Jest mały plus z tej porannej przebieżki. Znalazłam przy portierni,  w pudle rzeczy zagubionych, worek do w-f naszego pierwszoklasisty, któremu to zaginał w akcji i na ostatnich zajęciach powiedział pani, że nie ma stroju, bo: "mama mu nie dała". Cóż, jak zwykle wszystkiemu winna mama.
Miłego dnia życzę.

05 grudnia, 2013

Adwent

Zaczął się grudzień. 
U nas bardzo przyjemnie, bo w weekend mieliśmy gości. Czteroosobową rodzinkę Przyjaciół z Warszawy.:) Dzieci uszczęśliwione, my także, chociaż zawiedzeni jesteśmy z jednego powodu. Mianowicie faktem, że wizyta trwała tak krótko. Ale cóż, obowiązki codzienności nie pozwalają obecnie na dłuższe wizyty. 
Zaczął się ADWENT.
Każdy z nas w sercu rozważył i podjął swoje postanowienie adwentowe. Poza tym, w tym roku zdecydowaliśmy się na budowanie przez okres Adwentu "łańcucha dobrych uczynków". Karteczki z imionami zawisły na panelu przy oknie, karteczki na oczka łańcucha przygotowane w pudełeczku razem z klejem i długopisem.:) Każdy z nas, za dobry uczynek, przyczepia do swojej karteczki z imieniem jedno oczko łańcucha. Później połączymy wszystko razem. Mam nadzieję, że do świąt będziemy mieli pokaźny łańcuch.
Zaczęły się również RORATY.
W naszej parafii są codziennie o godz. 6.30, poza czwartkiem (17.00) i sobotą (8.00). Wercia i Wojtek już trzeci rok podejmują ten wysiłek i wstają rano, by na 6.30 być w kościele. Tomek w tym roku stwierdził, że też będzie chodził, ale dobudzić go rano nie sposób.;) Na razie wybrał się tylko dzisiaj.
Nie było okazji wspomnieć, że 23 listopada we wspomnienie św. Tarsycjusza, nasz Wojtuś został "Kandydatem na ministranta". Na kandydata przystępował jako jedyny. Oprócz niego było jeszcze kilku chłopców do kołnierza, czyli ślubowali na ministrantów. Póki co Wojtek jest zachwycony faktem, że został kandydatem. W sumie ksiądz zrobił dla niego wyjątek, bo jest jeszcze przed Komunią Świętą, a zwyczajowo dopiero po Komunii można "startować" na ministranta. Ksiądz przeprowadził z nim dosyć długą rozmowę, po której stwierdził, że się nadaje.
Żeby nie było za łatwo, Wojtek - jako, że jest już kandydatem na ministranta - ma służbę dwa razy w tygodniu poza niedzielą. Wczoraj, gdy byliśmy wieczorem na służbie dostałam reprymendę od księdza (opiekuna ministrantów) za to, że Wojtek nie służy, a na roraty chodzi. "Miejsce ministranta jest przy ołtarzu" - usłyszałam. Więc dzisiaj już służył, jutro także zamierza.
W najbliższych dniach dorzucę zdjęcie z jego pierwszej służby w dniu zaślubin.
Oto nasze zdjęcie...
...i dwa zdjęcia ze strony naszej parafii:
http://www.piusx.cba.pl/images/P1016481.JPG
http://www.piusx.cba.pl/images/P1016487.JPG

A teraz zmykam spać, bo jutro roraty i masa innych obowiązków.:) Dobrej nocy!

08 października, 2013

Ślubowanie

I po ślubowaniu. Teraz Wojtuś jest już 100% uczniem.;-) Zadowolony z tego bardzo.

Cała ceremonia przebiegła bardzo sprawnie, okraszona pewną dozą humoru w wykonaniu Pana Dyrektora.:-)


Był też krótki występ pierwszaków po ślubowaniu. Wesoła piosenka o literkach i inscenizacja ze Smerfami wkraczającymi w świat nauki uświetniły uroczystość.

Nasza dziatwa, która była na ślubowaniu (wszyscy oprócz Tomeczka, ten był w przedszkolu), spisała się doskonale. Wercia miała lekcje później, więc udało się jej uczestniczyć w uroczystości. Tak oto uczestniczyli chłopcy w całym zdarzeniu, Franek...
...i Marcinek.:)

 Nie mogłam się powstrzymać.;-) Tutaj jeszcze nasz Pierwszak na rozpoczęciu roku szkolnego...

... i w ławce szkolnej.



Tyle króciutko i na szybko.

03 października, 2013

Już październik, a ja milczę...

A milczę najzwyczajniej dlatego, że nie mam siły i czasu usiąść do pisania. Pisać jest o czym.
Wercia i Wojtek w szkole, czwarta i pierwsza klasa, więc trzeba doglądać - szczególnie pierwszoklasistę, bo potrafi tworzyć. Piękne rzeczy.;)
Tomek do przedszkola i codziennie rano marudzenie, bo nie ma siły wstawać, choć samo przedszkole lubi.
Marcinek ma tydzień przygód. Niekoniecznie przyjemnych. W poniedziałek musieliśmy na pogotowie i do dentysty jechać, bo potknął się schodząc po schodach i uderzył buzią w szczebel metalowy od barierki schodów. Jedynka zwichnięta - opis chirurga, ale chyba do uratowania będzie. W najbliższych dniach się okaże. W każdym razie w najbliższy poniedziałek jeszcze ponowna kontrola u dentysty by ocenić, czy ząb ocalał (jest ryzyko obumarcia). 
Dzisiaj Franek kończy 2 miesiące. Rośnie zdrowo, wczoraj był pierwszy raz na spacerze w nosidełku. Jest silny, dużo leży i śpi na brzuszku, więc główkę trzyma ładnie. To nosidełko, to z przyczyn praktycznych było, bo nie miałam siły targać gondoli z czwartego piętra. Był zadowolony, nawet się zdrzemnął. Jedyne co go drażniło, to powiewy wiatru, bo bidulek wstrzymywał wtedy oddech. 
A ja cóż... Też mam gorsze dni. O godzinie ósmej wieczorem czuję się zmęczona jakby była co najmniej jedenasta. Brakuje mi siły, w ciągu dnia łapie mnie kryzys i najchętniej poszłabym wtedy spać, a tu się nie da. Kręgosłup do tego daje popalić. Niestety nie mam innej opcji, w postaci choćby babci czy cioci do pomocy, więc muszę "dać radę". Na szczęście stan ducha na tyle dobry, że mimo trudów fizycznych, jeszcze daję radę. 
Głowa rodziny też pada z nóg. Z powodu naszych wspólnych niedomagań nie ma jak porozmawiać, by chociaż na bieżąco obgadać ważne tematy. Jest tylko wymiana informacji. Liczę, że w weekend nadrobimy.
O "dolegliwościach" szarej codzienności nie będę pisać, bo nie warto. 
Jutro u Wojtusia ślubowanie pierwszoklasistów. Postaram się coś "wrzucić". Liczę, że uda mi się zrobić jakieś zdjęcia.
Pozdrawiam serdecznie zaglądających tutaj "Ludzików". :)


17 czerwca, 2013

Kakao

Ostatnio z mężem doszliśmy do wniosku, że wybryki naszych dzieci "przyłapane" powinniśmy fotografować, a potem krótką notką upamiętniać. Zważywszy, że dzieje się wiele. Przy czwórce dzieci prawie codziennie są sytuacje warte zapamiętania.:)
Piszę to w kontekście chociażby minionego tygodnia. We wtorek przed południem, Marcinek wysypał pół pudełka kakao. Stało się to w momencie, jak Wercia zbierała się do szkoły. Zrobił to ewidentnie dla zabawy, sądząc po efekcie, sypał nim jak piaskiem w piaskownicy. Przyłapany, był niesamowicie z siebie zadowolony. Pół kuchni było w pyle kakaowym. On sam cały pod prysznic. We mnie złość, że świeży zapas do pudełka wsypany i już połowy nie ma. Ale nic - trudno. Do tego, dodatkowa praca, bo trzeba to "draństwo" dokładnie wysprzątać, a w ósmym miesiącu ciąży - wiadomo. Do tego w czasie mycia tłumaczenie dwulatkowi, że nieładnie postąpił, że teraz będą mieli mniej kakao do picia, itd..
Tego samego dnia, po powrocie chłopców z przedszkola dalszy ciąg. Zajęłam się rozwieszaniem prania na suszarce. Robiłam to w dużym pokoju z powodu deszczowej pogody. W tle słyszałam perlisty śmiech Marcinka i Tomka. Nawet sobie pomyślałam, że pięknie się bawią w pokoiku (tam byli gdy szłam z praniem), skoro tak się chichrają... Lecz wtedy przyszedł do mnie Wojtek, którego widocznie śmiechy chłopców też zainteresowały i powiedział do mnie: "Mamo, a wiesz, że Marcin z Tomkiem w kuchni rozsypują kakao?" Masakra. Wchodzę i co widzę? Tomek stoi w odległości około pół metra od Marcinka siedzącego na blacie kuchennym, z pustym już pudełkiem kakao w dłoniach. Obydwaj przeszczęśliwi. Tomek częściowo oprószony, Marcin ponownie cały w pyle kakaowym. Kuchnia oczywiście też w kolorach brązu. Mi już ciśnienie podskoczyło na sam widok kuchni. Szybkie rozbieranie z ubrań, po czym dostali ode mnie nakaz udania się do swojego pokoju z zakazem wychodzenia do póki nie pozwolę. W tym czasie córka wraca ze szkoły i zastaje kuchnię ponownie w kakao. Do tego pytanie: "Jeszcze od rana to kakao tutaj?"... Wrr. Tłumaczę, że to drugie zdarzenie. I znów czyszczenie kuchni. Zapach kakao odczuwalny do wieczora...:) Teraz to mi trochę żal, że nie uwieczniłam tego co tam się działo... 
Z perspektywy, sam widok był przezabawny.:)

13 maja, 2013

Zielona szkoła

Już mija tydzień, jak Wercia pojechała na "zieloną szkołę". Dwa tygodnie nad morzem.
Póki co zadowolona. Dzwoni codziennie, opowiada co robiła, co jadła, w co się ubrała.:) Zapewne jeszcze więcej opowiadania będzie po powrocie. Wiem przynajmniej, że dziecię szczęśliwe i zadowolone.
Ja natomiast planowałam "nadgonić" kilka tematów, ale póki co marny efekt. Idzie wolniej niż zakładałam.
Jutro może uda się zrealizować wszystko co zaplanowane. Między innymi pobranie krwi (którego szczerze nie znoszę) oraz szczepienie Marcinka (znów odwleczone).
Ja natomiast zaokrąglam się pięknie, nasze maleństwo chyba obecnie trenuje kopanie, bo daje się z tym mocno we znaki.:) Ale co tam, przeżyję!

Tłucze mi się po głowie pewien utwór dziś. Może komuś się też spodoba. Przepiękna piosenka.:)

02 czerwca, 2012

Pech

Niestety, bateria (a właściwie akumulator) nie została naładowana...

Mąż zapomniał podłączyć do ładowarki. Pech!
A aparat, oczywiście jak tylko go uruchomiłam, to co zrobił - odmówił współpracy prosząc o NAŁADOWANIE AKUMULATORA... Wrr!
Zezłościłam się - lekko mówiąc - skomentowałam to mężowi i... zdjęć z III Zjazdu Rycerstwa Chrześcijańskiego w Chorzowie brak. Pech.
Ale pomimo braku zdjęć, dzień był udany. W sumie wcale nie pechowy.;) Dzieci miały okazję zobaczyć końcówkę turnieju walki na miecze jednoręczne, w całości turniej konny o złoty krzyż Jerozolimski, turniej łuczniczy o srebrny krzyż Gotfryda de... (nie pamiętam dalej), spróbować napisać alfabet piórem gęsim, pomalować farbkami średniowieczną literę, obejrzeć spotykane damy i panów w pełnej krasie, zobaczyć Sokolników i ich sokoły.
Niestety nie udało nam się zobaczyć pokazu mody dawnej i pokazu tańców dawnych. Przegapiliśmy je oglądając turnieje. Dzięki temu jest szansa, że może za rok pojedziemy zobaczyć IV Zjazd Rycerstwa... :)

A, właśnie!
Wczoraj, wspomniana przesyłka dla Werci także dotarła, chociaż z niemałym wysiłkiem, bo musiałam gonić po osiedlu listonosza...:) Przyszedł z nią oczywiście, gdy poszłam po chłopców do przedszkola.:) Taki mały "standardzik".
Praktycznie prawie zawsze jak oczekuję na jakąś przesyłkę, to mijam się z naszym listonoszem... I to jest pech!:)