Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zabawne. Pokaż wszystkie posty

01 kwietnia, 2014

Obiadek

Dziś, czekając w przedszkolu na Tomeczka (ubierał się), usłyszałam taką oto rozmowę:
M.: E., czy zjadłaś dzisiaj obiadek?
E.: Obiadek? Oczywiście, że zjadłam! I to cały obiadek.
M.: Naprawdę zjadłaś cały obiadek? Tak ci smakował? (nadzieja w głosie)
Przechodząca akurat korytarzem intendentka odezwała się: E. nie zjadła dzisiaj obiadku.
Na co rezolutna E.: Prima aprilis!
W tym momencie pani intendentka zaśmiała się i dodała:  Oj, gdybyś zjadła ten obiadek to wszyscy byśmy dzisiaj mieli prima aprilis.
E. to niejadek, jej mama strasznie nad tym ubolewa, więc jednym z często poruszanych tematów z typu "co było dzisiaj w przedszkolu", są pytania o posiłki.

Rozumiem mamę tej dziewczynki.:) Tomek także jest niejadkiem (wzrokiem i zapachem potrafi ocenić, czego nie lubi i co mu na pewno nie posmakuje), choć ostatnio przynajmniej wszystkiego w minimalnej ilości próbuje. Ja także podpytuję go często co pysznego, nowego zjadł.:)


16 lutego, 2014

Malowanie paznokci

Znów piszę po dłuższej przerwie. U mnie ciągle brakuje czasu i sił na pisanie. Każdy dzień wypełniony po brzegi. Pocieszam się, że to stan przejściowy. No nic, teraz do rzeczy.
Nie wiem czy inne mamy tak mają, ale ja...
Na "siebie" zazwyczaj mam bardzo mały wycinek czasu. Przy naszych dzieciach moje "potrzeby" schodzą na dalszy plan. Oczywiście nie skarżę się, tylko stwierdzam jak jest. 
Z ostatnich takich zabawniejszych spraw było właśnie malowanie paznokci. Pewnego ranka, w czasie naszych ferii zebrałam się do pedicure. Postanowiłam pomalować paznokcie u stóp kolorem i to całkiem odważnym - różowym.;) Jak to się skończyło? Ano tak, że chodziłam prawie dwa tygodnie z nie do końca umalowanymi paznokciami (dobrze, że to zima).;) Musiałam przerwać z jakiegoś powodu "nie cierpiącego zwłoki", no i przerwałam na całkiem spory czas.;) Kilka dni od wspomnianego malowania była u mnie dobra koleżanka w pewnej sprawie i wydawało mi się, że chyba zauważyła stan moich paznokci, ale nic nie powiedziała. Bardzo możliwe, że taktownie nie chciała mnie wprawić w zakłopotanie... nie wiem.:)
Ktoś może skomentować - dziewczyno, masz jeszcze czas na takie rzeczy? Cóż... od czasu do czasu mam. Bardzo późno zaczęłam malować paznokcie, a u nóg to już w szczególności. Doszłam kilka lat temu do wniosku, że to nic złego i nie jest to przejaw próżności, tylko dbanie o siebie (kiedyś było mi głupio, gdy miałam pomalowane paznokcie na jakikolwiek kolor - jeśli już, to tylko bezbarwny). Teraz już palce umalowane w komplecie. Córka mnie zmobilizowała dopytywaniem o stan paznokci.

Jeszcze coś z innej beczki.
Bardzo cieszą moje serce wygrane naszych sportowców w Soczi. Duma rozpiera gdy ma się takich reprezentantów.:) Tylko Bogu dziękować za takie postawy.

13 grudnia, 2013

Kozaki

W nawiązaniu do wczorajszego przypadku szkolnego, dzisiaj zdarzyła się taka oto sytuacja. 
Wojtuś, po czterech lekcjach wraca ze szkoły - o dziwo nadzwyczaj szybko, jak na jego powroty. Już w drzwiach zaczyna się skarżyć, na buty i stwierdza, że chyba nie swoje wziął bo są "jakieś luźne bardzo". Patrzę, a on w kozakach tego samego modelu - owszem - ale o cztery numery większych.:) Mówię mu - Synu, ty kogoś innego buty założyłeś - najpewniej kogoś z trzeciej klasy (mają wspólną szatnię z klasą trzecią). Musisz iść i zamienić. Zaczął mi tłumaczyć, że nie znajdzie, albo się pomyli i poprosił mamusię by to załatwiła. On popilnuje braciszków, na pewno nic się nie stanie.
Poszłam i zamieniłam. W szatni stały jego butki. Zastanawiam się o czym on myślał, jak je nakładał... Dobrze, że szkoła tak blisko domu. Zajęło mi to dosłownie 5 minut. A buty już podpisane, by nie doszło do kolejnej pomyłki.:)

17 czerwca, 2013

Kakao

Ostatnio z mężem doszliśmy do wniosku, że wybryki naszych dzieci "przyłapane" powinniśmy fotografować, a potem krótką notką upamiętniać. Zważywszy, że dzieje się wiele. Przy czwórce dzieci prawie codziennie są sytuacje warte zapamiętania.:)
Piszę to w kontekście chociażby minionego tygodnia. We wtorek przed południem, Marcinek wysypał pół pudełka kakao. Stało się to w momencie, jak Wercia zbierała się do szkoły. Zrobił to ewidentnie dla zabawy, sądząc po efekcie, sypał nim jak piaskiem w piaskownicy. Przyłapany, był niesamowicie z siebie zadowolony. Pół kuchni było w pyle kakaowym. On sam cały pod prysznic. We mnie złość, że świeży zapas do pudełka wsypany i już połowy nie ma. Ale nic - trudno. Do tego, dodatkowa praca, bo trzeba to "draństwo" dokładnie wysprzątać, a w ósmym miesiącu ciąży - wiadomo. Do tego w czasie mycia tłumaczenie dwulatkowi, że nieładnie postąpił, że teraz będą mieli mniej kakao do picia, itd..
Tego samego dnia, po powrocie chłopców z przedszkola dalszy ciąg. Zajęłam się rozwieszaniem prania na suszarce. Robiłam to w dużym pokoju z powodu deszczowej pogody. W tle słyszałam perlisty śmiech Marcinka i Tomka. Nawet sobie pomyślałam, że pięknie się bawią w pokoiku (tam byli gdy szłam z praniem), skoro tak się chichrają... Lecz wtedy przyszedł do mnie Wojtek, którego widocznie śmiechy chłopców też zainteresowały i powiedział do mnie: "Mamo, a wiesz, że Marcin z Tomkiem w kuchni rozsypują kakao?" Masakra. Wchodzę i co widzę? Tomek stoi w odległości około pół metra od Marcinka siedzącego na blacie kuchennym, z pustym już pudełkiem kakao w dłoniach. Obydwaj przeszczęśliwi. Tomek częściowo oprószony, Marcin ponownie cały w pyle kakaowym. Kuchnia oczywiście też w kolorach brązu. Mi już ciśnienie podskoczyło na sam widok kuchni. Szybkie rozbieranie z ubrań, po czym dostali ode mnie nakaz udania się do swojego pokoju z zakazem wychodzenia do póki nie pozwolę. W tym czasie córka wraca ze szkoły i zastaje kuchnię ponownie w kakao. Do tego pytanie: "Jeszcze od rana to kakao tutaj?"... Wrr. Tłumaczę, że to drugie zdarzenie. I znów czyszczenie kuchni. Zapach kakao odczuwalny do wieczora...:) Teraz to mi trochę żal, że nie uwieczniłam tego co tam się działo... 
Z perspektywy, sam widok był przezabawny.:)

16 października, 2012

Policjant

Dzisiaj w przedszkolu moich dzieci był z wizytą policjant. 
Dokładniej, to było ich dwoje - pani i pan. Dzieci otrzymały w prezencie odblaski, nawiasem mówiąc zakupione przez przedszkolną Radę Rodziców, a wręczone jako prezent od  Policji. Nasz Policja jest ponoć za biedna na takie gadżety.
Dwie świeże anegdotki z życia rodzinnego z tym związane.

I
Wczoraj wieczorem, krótko przed snem wspomniałam Wojtusiowi, że jutro mają wizytę policjanta, na co ten, leżąc już w łóżku, mówi do mnie: 
- Wiem mama, i wiem, że dostaniemy niby od nich odblaski, ale tak naprawdę to nie od nich, tylko od pani. 
Nieco rozbawiona zapytałam:
- A skąd to wiesz? 
Na co on mi mówi:  
- Bo ja słyszałem, jak pani Grażynka pytała dzisiaj panią Tereskę, gdzie te odblaski na jutro odłożyła... 
I wszystko jasne, ale z odblaska (? - nie wiem czy dobrze odmieniłam) i tak się ucieszył.;)

*Odbierając go, wspomniałam o tej rozmowie pani Teresce, którą ten komentarz lekko rozbawił. Stwierdziła, że czasem wydaje się, iż dzieci zajęte zabawą zupełnie nie zwracają uwagi na wymianę zdań między paniami - a jednak jest inaczej.

II
Gdy odbierałam Tomka, podczas ubierania, pani Agnieszka podeszła do nas i zapytała czy Tomek opowiedział już mamie jakiego gościa mieli w przedszkolu. Ten podekscytowany powiedział: Policjanta! Więc pani dopytała, czy mówił już o co dzisiaj zapytał pana policjanta. Ten stwierdził, że nie powie, bo już nie umie opowiedzieć o co go zapytał. Po takim stwierdzeniu pani Aga zapytała go, czy w takim razie ona może mi opowiedzieć. Otrzymała zgodę na relację, no i dowiedziałam się.:)
Otóż, gdy policjanci byli na spotkaniu w młodszych grupach, generalnie było cichutko, bo dzieci z przejęciem słuchały gości. Pod koniec spotkania padło pytanie, czy dzieci chciałyby policjantów o coś zapytać. Zapadła cisza jeszcze większa, i wydawało się, że pytań nie będzie. Nagle Tomek wstał i głośno zapytał: 
- Przepraszam, a czy zabierze mnie pan na swoją bazę? 
Ponoć pytanie było na tyle zaskakujące, że policjant ledwie opanował śmiech i powiedział, że na komisariat zabiera się tylko łobuzów, a on na pewno jest grzecznym chłopcem i nie ma potrzeby go tam zabierać. Nie wiem na ile taka odpowiedź go zaspokoiła, mam tylko nadzieję, że nie zacznie łobuzować, by móc znaleźć się w "bazie" policjantów...;)
Ktokolwiek, kto choć trochę zna naszego Tomka, i pamięta, że jeszcze w maju niewiele mówił, a jeśli mówił to nie zawsze wyraźnie, do tego wypowiadając się na forum, robił to cichutko i zawstydzony, jest w stanie pojąć jak zabawnie musiało to zabrzmieć.
Panie ponoć o mało nie padły z rozbawienia.:)

24 lipca, 2012

"Jędrne kaktusy" - Wawrzyniec Prusky (Paweł Klimczak)

Dawno nie czytałam książki, od której zanosiłam się śmiechem. Ba, nawet kilka razy popłakałam się ze śmiechu!
Doskonała lektura na potargane nerwy, na szarą codzienność. Autor traktuje właśnie o codzienności, ale w taki sposób, że wszystko wydaje się ciekawsze i weselsze. Może forma wypowiedzi nie każdemu będzie odpowiadać (tak się zdarzyło w przypadku mego Małżonka), ale mi odpowiada. :)
I pomyśleć, że to zebrany w książkę blog. Wyczytałam już, że jest i druga książka tegoż autora, wiem, że na pewno sięgnę i po nią. A póki co, tym co nie znają - szczerze polecam.:)

A! Dodam, że blog Wawrzyńca "żyje", więc można poczytać i nowe wpisy.:)

31 maja, 2012

Zepsute żelki

Wczoraj mój Małżonek pyta mnie: "Chcesz zepsutego żelka"?

Z pierwszej chwili sądziłam, że coś źle usłyszałam, albo chce sobie ze mnie zażartować.:) Dopytałam i okazało się, że słyszę dobrze. Odpowiedziałam zaczepnie: "Chcę." I czekałam co będzie dalej.
Słysząc moją zgodę, mój Drogi Małżonek, wyjmuje z szafki żelki Haribo, mieszankę różnych rodzajów żelków (przekrój smaków i rodzajów). W paczce było ich już niewiele, ale wśród nich zostało jeszcze kilka sztuk z lukrecją (nasze ulubione). Zapytałam o co chodzi z tymi zepsutymi, no i usłyszałam taką historię...
Kilka godzin wcześniej, mój Małżonek przyuważył, że Tomek poczęstował się żelkiem (akurat takim z lukrecją w środku) i po chwili, po dokładnym obgryzieniu pierwszej warstwy, ciemniejszy środek (czyli lukrecję) wyrzucił do kosza. Mąż jakby mimochodem zapytał: "Co robisz Tomeczku"? Na co nasz synek najzwyczajniej w świecie odpowiedział: "Wyrzucam żelka, bo jest zepsuty". "Ale on nie jest zepsuty" - bronił żelka Mąż, na co usłyszał: "Jest zepsuty, jest niedobry"!
Nasz czterolatek - jako, że znał smaki różnych żelków, a nie posmakowała mu czarna masa w środku żelka - uznał, iż na pewno żelki, które ją zawierają są zepsute. A co się robi z rzeczami zepsutymi? Do kosza. ;)

Nie pojedliśmy tym razem szeroko omawianej dziś lukrecji.:) Po oględzinach okazało się, że jej znakomita większość spoczywa już w koszu na śmieci...

03 maja, 2012

Mózg

Wracamy z przedszkola.
Tomek eksploruje pobliskie trawniki, a Wojtuś idzie obok mnie i intensywnie komentuje mi wszystko. W pewnym momencie słyszę, jak zadaje mi pytanie: "A wiesz mamo dlaczego ja mam taką dużą głowę?" Rozmiary głowy standardowe, moim zdaniem, ale z zaciekawieniem słucham, jak po chwili, sam mi już odpowiada: "Bo ja mam w niej duży mózg i dlatego tyle wiem. Bo ja dużo myślę i on mi dzięki temu cały czas rośnie. Głowa też mi niedługo urośnie znowu, bo przecież nie będzie się w niej mieścił mój mózg..." - Słyszę pewną odpowiedź.

13 kwietnia, 2012

Życie to nie bajka

Wczoraj, gdy rozwieszałam pranie Wojtek powiedział do mnie:

- Wiesz mama, ja sobie uświadomiłem, że życie to nie bajka.

Powaga z jaką to mówił lekko mnie rozbawiła, ale nie dałam po sobie niczego poznać, tylko zapytałam co ma na myśli. Na co mój syn stwierdził, że on do tej pory myślał, że jego życie jest jak BAJKA, ale niedawno zorientował się, że tak nie jest. I jest mu teraz gorzej z tą myślą żyć (!), bo w bajce to więcej można, a w normalnym życiu to już tak wesoło nie jest. Jest o wiele trudniej i smutniej...
Gorzka refleksja, aż mi serducho ścisnęło - to dopiero 6 latek.
Pocieszyłam go, że to, jakie nasze życie jest i będzie, w dużej mierze zależy od nas i do tego jak będziemy postępować, ale owszem, nie wszystko będzie można robić tak jak w bajce.

Po chwili dodał, że jednego to jest pewien, mianowicie, że nawet jak dorośnie, to z Kubą będą mieli doskonały kontakt, bo Kuba to jest jego przyjaciel, a nie zwykły kolega.

Zastanawiam się skąd go wczoraj wzięło na takie refleksje. Wydarzyło się to po powrocie z przedszkola, dlatego podejrzewam, że musiała się odbyć jakaś rozmowa z innymi dziećmi na zbliżony temat.


Grzech

Nasze pierworodne dziecię w klasie ma jedną ze swoich przyjaciółek.
Dziewczynki spotykają się co jakiś czas po szkole, by się wspólnie pobawić. Ostatnio Wercia była u Paulinki.
Dwa dni temu, w trakcie rozmowy telefonicznej, mama Paulinki zapytała mnie, czy mówiła mi już o grzechu. Nieco zaciekawiona powiedziałam, że nie.
Wszyscy wiemy, że w trakcie zabawy, dzieci zazwyczaj dużo rozmawiają. W pewnym momencie tata Paulinki usłyszał jak moje dziecko mówi:
- No, a ja mam grzech nieczystości.
Zaczął się zatem przysłuchiwać rozmowie prowadzonej przez dziewczynki. (Rozmawiały na temat spowiedzi i grzechów - temat na topie, bo niebawem pierwsza spowiedź w ich życiu.)
P. zapytała jaki to grzech bo ona to nie wie czy go ma. Na co moje dziecię odpowiedziało, że ona to ma "ten" grzech, bo mama jej mówi, że ma brudno, jak nie chce jej się sprzątać w pokoju. Zatem to jest na pewno grzech nieczystości... :)
Po takim stwierdzeniu, Paulinka ponoć doszła do wniosku, że w takim razie ona też ma taki grzech.

Cóż...
Wiemy już z mamą Paulinki, o czym będziemy musiały wspomnieć przygotowując nasze pociechy do spowiedzi...:)