niedziela, 2 grudnia 2012

Adwent

Już Adwent. 
Od jutra zaczynamy Roraty. Lampiony już stoją w przedpokoju i czekają.:)

Jeszcze ważą się postanowienia adwentowe. Jest trochę tematów, które trzeba "wyprostować" do końca roku. Oby starczyło sił i dobrej woli na to wszystko. 
Oby też starczyło sił na nowe zadania...

Ps. U nas właśnie zaczął prószyć śnieg.

czwartek, 29 listopada 2012

Houston, mamy problem - Katarzyna Grochola

Świeżyzna polecona przez panią Bibliotekarkę.:)

Houston, mamy problem! - Zapewne jest trochę osób, które w taką myślą reagują na sytuacje nie przewidziane, powiedzenie bardzo popularne.:)
Bohater książki - 32 letni mężczyzna - o oryginalnym imieniu Jeremiasz, zmaga się ze swoją codziennością. 
Wchodzimy w jego życie w niezbyt ciekawym momencie, chociaż patrząc z innej strony, może jest to właśnie  najciekawszy moment.
Spojrzenie prezentowane w stylu męskim momentami mnie zadziwia, ale mogę uczciwie stwierdzić, że książka warta jest przeczytania.
Potrafi rozśmieszyć i wzruszyć. Nie każda książka jest taka, że gdy musimy z jakichś powodów przerwać jej czytanie, to myślimy co będzie dalej - a ta do takich należy. Dlatego polecam.

* zdjęcie okładki pochodzi ze strony: http://www.grochola.pl

środa, 14 listopada 2012

Od kilku dni przyglądam się CHUSTCE.
Wiem, że późno zaczęłam, ale tak sobie myślę, że aby spotkać kogoś Pięknego, nigdy nie jest i nie będzie za późno.
Nawet jeśli dzieje się to poprzez pozostawione słowa.
Czytam po kawałku i płaczę. Porusza mnie praktycznie każdy wpis. Dziękuję Bogu za to, że mogłam, mogę spotkać osobę, która swą wrażliwością, poczuciem humoru i refleksją przypomina co jest w życiu najważniejsze.
Polecam przyjrzeć się Chustce.

niedziela, 11 listopada 2012

Matka wszystkich lalek - Monika Szwaja


Wreszcie się udało.  Dlatego piszę wreszcie, bo z powodu gonitwy i codzienności miałam ostatnio zastój z czytaniem. Jak się już zabierałam za książkę, to po kilku zdaniach zasypiałam najzwyczajniej w świecie.


Monika Szwaja to jedna z moich ulubionych autorek. Lubię styl jej książek.
Książka o której teraz piszę, to opowieść o dwóch kobietach - Klarze i Elżuni. Historie osadzone w różnych czasach i odmienne bardzo. Oczywiście obie historie gdzieś się splotą. Nie będę zdradzać jak i kiedy, bo może ktoś się skusi, by przeczytać. W każdym razie problemy z jakimi borykają się bohaterki skłaniają do refleksji. Polecam.
Jedynie tylko mogę powiedzieć, że czuję niedosyt z powodu zbyt krótkiego zakończenia. Nie miałabym pani Monice za złe, gdyby tam coś ciekawego "doplotła" i można by było czytać dłużej o perypetiach bohaterów. Ale to już życzenie nie do nadrobienia.;) Może właśnie chodzi o to, by ten niedosyt popchnął mnie do kolejnej książki jej autorstwa...


*zdjęcie okładki pochodzi ze strony www.monikaszwaja.pl



wtorek, 6 listopada 2012

Rudzka jesień

Wczoraj wieczorem nie dałam rady napisać, bo kiepsko się czułam, ale dzisiaj już się chwalę.;)
W minionym miesiącu (13 października) w naszym mieście odbył się Pierwszy Plener Malarski dla dzieci i młodzieży. Został zorganizowany przy naszym Muzeum Miejskim w ramach programu "Rudzka jesień kulturalna 2012". 
Wyglądało to tak, że przez ok. godzinę dzieci robiły w plenerze szkice wybranych obiektów, następnie wracały do muzeum i tam kończyły swoje prace. Całkowity czas trwania pleneru to ok. 3h.
Poinformowano nas, że wyniki konkursu plenerowego zostaną ogłoszone 5 listopada i tego dnia zostanie otwarta wystawa poplenerowa, która będzie udostępniona do 25 listopada.

Wczoraj, właśnie z tego powodu udałyśmy się do Muzeum. Przyznam, że wiedziałam, iż praca Werci została dostrzeżona, bo w zeszłym tygodniu miałam telefon z muzeum. Ale tylko tyle, nie znałam żadnych szczegółów. Jej oczywiście nic nie mówiłam, by była większa niespodzianka.

Oto nasza laureatka konkursu.;)


Poniżej jest jej praca. Weronika rysowała zabytkową kamienicę z kolonii robotniczej przy ul. Kościelnej.


A na koniec wspólne zdjęcie prawie wszystkich laureatów tegorocznej edycji konkursu.


W tym temacie tyle. Dodam tylko, że jestem z niej naprawdę dumna.:)

niedziela, 4 listopada 2012

Cynamonki - bułeczki cynamonowe

 Zainspirowana zjedzoną jakiś czas temu bułeczką w SCC, w mini kawiarence Cinnabon, postanowiłam, że spróbuję zrobić takowe bułeczki sama. Według własnego przepisu, na tzw. czuja.;)
Wyszło mi coś takiego:


Oto mój przepis:

Składniki:
Ciasto:
ok. 3 szkl. maki
50 g drożdży
1 szkl. cukru (kryształ)
1 szkl. mleka
2 czubate łyżeczki masła ( wcześniej roztopione)

Ciasto wyrabiam jak zwykłe drożdżowe. Ja drożdże rozpuszczam w ciepłym mleku z łyżką cukru i łyżką mąki i dodaję do reszty składników, jak zaczną pracować.

Nadzienie:
cynamon - 3 łyżeczki od herbaty
cukier trzcinowy ok. 6 - 7 łyżeczek od herbaty
Mieszam składniki razem dokładnie. 
łyżka masła roztopionego

Rozwałkowane na prostokąt ciasto smaruję masłem, a następnie posypuję mieszanką. Zwijam w rulon i kroję na plastry grubości około 3 cm.


Piekłam je w temperaturze ok. 160 - 170 st. C jakieś 20-25 minut.


Polewa
Część I
Serek homogenizowany o smaku waniliowym
rozcieńczony z mlekiem tak, by był lekko płynny
Część II
Pół kostki gorzkiej czekolady
około 50 ml śmietanki 30%
około 50 ml mleka 2%
Czekoladę podgrzałam w rondelku razem z mlekiem i śmietanką, wymieszałam na jednolitą masę. Odstawiłam. Czekolada musi być lejąca by efektowniej polać nią ciastko. Bułeczkę polewałam częścią I i II. Wygląda całkiem nieźle, a smakuje jeszcze lepiej. :)

Oczywiście jak zakończyłam swoje eksperymenty, znalazłam całkiem podobny przepis tutaj. Na pewno go wypróbuję w najbliższym czasie.
Cynamonki nasze dzieci jadły "na sucho", ja polecam z sosem.:)
Życzę smacznego!

piątek, 2 listopada 2012

Fasolka po bretońsku


Składniki:
500 g fasoli Jaś
350 g boczek surowy wędzony
2 średnie cebule
2 - 3 ząbki czosnku
2 - 3 łyżki stołowe majeranku
koncentrat pomidorowy 500 ml
1 łyżka mąki (opcja)
sól, pieprz do smaku 

Fasolę przepłukuję i: 
- jeśli mam czas, zalewam letnią wodą i zostawiam na noc, 
- albo zalewam wrzątkiem i odstawiam na jakieś 30 - 40 minut, by "napiła się" wody. 
Przy gotowaniu wspomagam się szybkowarem, więc gotuję fasolę pół godziny. W tym czasie pokrojony w słupki boczek podsmażam na małym ogniu, by się wytopił, po czym przekładam do garnka z ugotowaną fasolką. Potem, na tej samej patelni duszę pokrojoną w paseczki cebulę. Po zeszkleniu również ląduje w garnku. Wszystko gotuję na maleńkim ogniu. Dodaję majeranek. Koncentrat rozrabiam z solą, pieprzem i odrobiną wywaru z fasoli (i czasem z łyżką mąki), po czym dodaję do fasoli i gotuję całość ok 20 - 30 minut. Oceniam po wyglądzie stan, więc trudno mi dokładnie sprecyzować ile to ma potrwać. Wyłączam gaz, odstawiam i doprawiam po lekkim przestygnięciu.
Jak dla mnie i mojej rodziny, fasolka to przepyszne danie. Polecam na jesienny posiłek. Smacznego!:)

*zdjęcie dodam później, by nie przetrzymywać posta.:)

wtorek, 16 października 2012

Policjant

Dzisiaj w przedszkolu moich dzieci był z wizytą policjant. 
Dokładniej, to było ich dwoje - pani i pan. Dzieci otrzymały w prezencie odblaski, nawiasem mówiąc zakupione przez przedszkolną Radę Rodziców, a wręczone jako prezent od  Policji. Nasz Policja jest ponoć za biedna na takie gadżety.
Dwie świeże anegdotki z życia rodzinnego z tym związane.

I
Wczoraj wieczorem, krótko przed snem wspomniałam Wojtusiowi, że jutro mają wizytę policjanta, na co ten, leżąc już w łóżku, mówi do mnie: 
- Wiem mama, i wiem, że dostaniemy niby od nich odblaski, ale tak naprawdę to nie od nich, tylko od pani. 
Nieco rozbawiona zapytałam:
- A skąd to wiesz? 
Na co on mi mówi:  
- Bo ja słyszałem, jak pani Grażynka pytała dzisiaj panią Tereskę, gdzie te odblaski na jutro odłożyła... 
I wszystko jasne, ale z odblaska (? - nie wiem czy dobrze odmieniłam) i tak się ucieszył.;)

*Odbierając go, wspomniałam o tej rozmowie pani Teresce, którą ten komentarz lekko rozbawił. Stwierdziła, że czasem wydaje się, iż dzieci zajęte zabawą zupełnie nie zwracają uwagi na wymianę zdań między paniami - a jednak jest inaczej.

II
Gdy odbierałam Tomka, podczas ubierania, pani Agnieszka podeszła do nas i zapytała czy Tomek opowiedział już mamie jakiego gościa mieli w przedszkolu. Ten podekscytowany powiedział: Policjanta! Więc pani dopytała, czy mówił już o co dzisiaj zapytał pana policjanta. Ten stwierdził, że nie powie, bo już nie umie opowiedzieć o co go zapytał. Po takim stwierdzeniu pani Aga zapytała go, czy w takim razie ona może mi opowiedzieć. Otrzymała zgodę na relację, no i dowiedziałam się.:)
Otóż, gdy policjanci byli na spotkaniu w młodszych grupach, generalnie było cichutko, bo dzieci z przejęciem słuchały gości. Pod koniec spotkania padło pytanie, czy dzieci chciałyby policjantów o coś zapytać. Zapadła cisza jeszcze większa, i wydawało się, że pytań nie będzie. Nagle Tomek wstał i głośno zapytał: 
- Przepraszam, a czy zabierze mnie pan na swoją bazę? 
Ponoć pytanie było na tyle zaskakujące, że policjant ledwie opanował śmiech i powiedział, że na komisariat zabiera się tylko łobuzów, a on na pewno jest grzecznym chłopcem i nie ma potrzeby go tam zabierać. Nie wiem na ile taka odpowiedź go zaspokoiła, mam tylko nadzieję, że nie zacznie łobuzować, by móc znaleźć się w "bazie" policjantów...;)
Ktokolwiek, kto choć trochę zna naszego Tomka, i pamięta, że jeszcze w maju niewiele mówił, a jeśli mówił to nie zawsze wyraźnie, do tego wypowiadając się na forum, robił to cichutko i zawstydzony, jest w stanie pojąć jak zabawnie musiało to zabrzmieć.
Panie ponoć o mało nie padły z rozbawienia.:)

sobota, 6 października 2012

Kochane Tatry cz. 3 :)

Dzień IV, sobota
Wyjście na szlak dosyć mocno mi się obsunęło i mimo ładnej pogody trasę miałam "lajtową".:)
Uważam, że jest zawsze jakiś cel, w tym kogo spotykamy i w jakim momencie naszego życia. Tego dnia, spędziłam kilka godzin na rozmowie z moją przesympatyczną Gospodynią. Tematy życiowe, prywatne i delikatne. Naprawdę warto było i wdzięczna jestem, że ta rozmowa zupełnie spontanicznie wyszła i w taki sposób się potoczyła. Pamiętam w modlitwach o Pani Zofii.

Kapliczka na ul. Karłowicza
 Z domu wyszłam około 11.00, busem pojechałam do Palenicy, a potem mijając Wodogrzmoty Mickiewicza ruszyłam w kierunku Doliny Pięciu Stawów Polskich, szlakiem Doliny Roztoki. Wchodziłam przy Siklawie.
Wodogrzmoty Mickiewicza
 Wcześniej myślałam, że "szarpnę" się, na przełęcz Krzyżne i przez Halę Gąsiennicową (wstępując do Murowańca) wrócę Ustupem do Kuźnic. Niestety, jak dochodziłam do Doliny Pięciu Stawów, pogoda szybko zaczęła się pogarszać. Tłum ludzi w schronisku sprawił, że weszłam tylko opatulić się, potem na ławeczce zjadłam kanapkę, napiłam się wody i ruszyłam czarnym szlakiem w drogę powrotną. Zaczynało kropić, więc z Doliną Roztoki szłam już w lekkiej mżawce.























W efekcie, wróciłam tak szybko na kwaterę, że przebrałam się i wyszyłam jeszcze coś zjeść na mieście, poza tym chciałam zrobić zakupy (wiecie: oscypki, kapcie).;)
Taka ciekawostka, w Zakopanem można zwiedzić dom stojący na dachu. Ciekawe doświadczenie dla błędnika. Dla dzieci, podejrzewam, niesamowita frajda. Myślę, że jeśli będziemy całą rodziną w Zakopanem, to pójdziemy z nimi na tę mini atrakcję.

Taka mała dygresja.
Może świat się zmienia, a ja za nim nie nadążam, ale muszę o czymś napomknąć. Irytowali mnie spotykani regularnie na trasie, specyficzni turyści. Może ktoś się zezłości, gdy przeczyta jak to widzę, ale... kojarzyli mi się z takimi weekendowymi, adidasowymi turystami, których nieodłącznym wyposażeniem na szlaku było trzymane w dłoni PIWO. Tak, tak - piwo...
Nie wiem czy ludzie naprawdę tak głupieją, czy to jest tylko jakiś znak czasu? Jak można iść w góry, na szlak z piwskiem? Ja tego nie potrafię zrozumieć. Widziałam osoby, które były już na tyle wstawione, że nie panowały nad swoim zachowaniem. Zachowywali się jak bydło - nie obrażając bydła. Głośno, bez zahamowań i oporów, bez podstawowych zasad kultury - niestety, wielu z tych "turystów" puszki wyrzucało w parku - koszmar.
Przecież jest regulamin TPN, są zasady. Gdzie służby parku, które takie osoby powinny, nie wiem, wracać ze szlaku? Mnie język świerzbił nie raz, i wiele razy się nie powstrzymałam, zwróciłam uwagę, ale wiecie - samotna kobieta na szlaku zwracająca uwagę wzbudza... śmiech.
Muszę jeszcze dodać, tak na koniec, że zarówno do adidasów jak i piwa nic nie mam...

piątek, 5 października 2012

Kochane Tatry, cz. 2 :)

Dzień III, piątek
Rano okazało się, że część garderoby nie wyschła, ale to akurat problemem nie było, bo byłam przygotowana na taką ewentualność. W duchu zaczęłam się cieszyć, że możliwe, iż spędzę kolejny dzień w miłym towarzystwie. Wtedy okazało się, że pewna rzecz niestety nie wyschła. Rzecz, której zamiennika nie miałam. Był to mój plecak.
Poszłam na Mszę, a po powrocie musiałam pożyczoną od Gospodyni suszarką go wysuszyć. Buty dały radę, choć obawiałam się. Rano były na zewnątrz lekko wilgotne, ale w środku suchusieńkie.
Piątek zapowiadał się bajecznie, niebo bezchmurne, ciepły bezwietrzny poranek. Plecak rozwiał nadzieje na wyprawę we wczorajszym towarzystwie, ale tragedią to nie było. Jedynie dało mi pewność, że wczorajsza wyprawa była jak dar "z góry".:)
Miałam już pewność, że ten dzień będzie przeznaczony przede wszystkim na spacer i wzdychanie do przepięknych widoków. Po rozmowie z panią Gospodynią, która lekko mnie skarciła za wczorajszą zmianę trasy:), sama stwierdziłam, że dzisiaj zdecydowanie trasa spacerowa. Powiedziała mi, że martwiła się, bo pogoda pogorszyła się zdecydowanie. Była druga osobą po moim Mężu - ten mnie objechał konkretnie, bo nie mógł się dodzwonić. Domyślił się co zrobiłam. Powiedział mi nawet, że się tego spodziewał.:)
Wyruszyłam do Kuźnic. Niestety, piątkowy poranek przywitał mnie tłumem turystów. A ja liczyłam na trasę spokojną i najlepiej w samotności. Idąc w stronę Polany Kalatówki zastanawiałam się co zrobić.
Zrobienie tego zdjęcia było sztuką - udało się nie złapać w kadr turysty.:)


Wahałam się czy pójść na Ścieżkę nad Reglami czy trochę wyżej. Ale wspomniane tłumy szły wyżej... A na szlak na Ścieżkę prawie nikt nie skręcał. Cóż, na polanie przekąsiłam drugie śniadanie, cały czas wpatrując się w otaczające mnie widoki, po czym ruszyłam na Ścieżkę.

 

Już po pierwszych kilku minutach wiedziałam, że dobrze zrobiłam.:) 


Tą trasą poruszało się bardzo mało osób, rozkosz widoków i dźwięków przyrody relaksowała niesamowicie.





 
"Śpiący Rycerz" z Sarniej Skałki




Siklawica



Schodziłam się tego dnia strasznie. :) Zeszłam ze szlaku jeszcze przed zmrokiem, lekko po 17.00 opuszczałam TPN. Zakończyłam wędrówkę po górach w Kirach i postanowiłam, że złapię busa do centrum Zakopanego, coś przekąszę i tyle. Oczywiście sprzed nosa uciekł mi bus. Było bardzo przyjemnie, więc doszłam do wniosku, że nie czekam, tylko przejdę się w stronę Zakopanego, i wsiądę do kolejnego na następnym przystanku.
Oczywiście kolejny bus również mi uciekł.;) Tym sposobem do Krupówek doszłam pieszo, po drodze odwiedzając Sanktuarium Fatimskie na Krzeptówkach.


Wracając do trasy - jak sobie podsumowałam to co "złaziłam" - całkiem sporo mi tego wyszło. :) Pewnie dlatego zakwasy miałam w nogach.:D Ale co tam zakwasy!
Wyszło tak:
Kuźnice -Polana Kalatówki - Sarnia Skała - Wodospad Siklawica - Przełęcz w Grzybowcu - Przysłop Miętusi - Dolina Kościeliska - Kiry - powrót przez ul. Kościeliską, Krupówki, Zamoyskiego, Chałubińskiego, Droga na Bystre na ul. Karłowicza

Potem tylko odpoczynek i plany na kolejny dzień.

Kochane Tatry, cz. 1 :)

Tak sobie pomyślałam, że spróbuję streścić dzień po dniu mój pobyt w górach, do tego "okraszę" te opowieści  fotkami.:) Zdjęcia nie są może powalającej jakości, ale z powodów praktycznych zabrałam ze sobą aparat kompaktowy, czyli jak niektórzy zwą - idiotenkamere.:)
Dzień I
W środę po południu dotarłam do Zakopanego. Zameldowałam się na kwaterze i poszłam na dłuższy spacer. Między innymi przeszłam się w okolicę skoczni, no i pooglądałam ją sobie z bliska.
Doszłam do wniosku, że nie warto już wchodzić do Parku, bo dochodziła czwarta. Jako, że już w środę wiał halny, na dole było to dobrze czuć.:) Włosy stawały dęba, i można było się opierać na wietrze... Ja akurat lubię jak wieje, dlatego była to dla mnie dodatkowa "przyjemność".:)
Żałuję, że zdjęcia nie oddają mocy tego wiatru...
Mieszkałam niedaleko od Kuźnic, w bardzo bliskim sąsiedztwie klasztoru Bernardynów. Co oczywiście było zamierzone. Zaplanowałam sobie, że codziennie będę chodziła na Mszę św., a potem w góry. W domu, codzienne poranne wstawanie, to dla mnie spory wysiłek. Rano najchętniej leżałabym przynajmniej do dziewiątej.:) A tu proszę, pobudka o 6.15 i wstawanie przychodziło bez trudu. Miałam dużo czasu, więc idąc na poranną Mszę byłam już po śniadaniu. Zapewne dlatego, że zajmowałam się tylko swą skromną osobą.;)
Dzień II
Długa przerwa w wędrówkach sprawiła, że nie miałam pewności ile dam radę przejść. Na czwartek zaplanowałam sobie zatem średnią trasę. Oczywiście taką, by chodząc samotnie po górach nie narażać się na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Mimo głodu i tęsknoty za "wyższymi" wędrówkami, miałam świadomość, że rozsądek musi brać górę. Dlatego postanowiłam: "Żadnych szaleństw".:) Umówiłam się z Mężem, że (by odetchnąć od codzienności) wyruszając na szlak ustawię komórkę offline, i włączę dopiero jak będę schodziła ze szlaku do Kuźnic. Tak też zrobiłam.
Oto zaplanowana trasa:
Kuźnice - Dolina Jaworzynka - Przełęcz między Kopami - Czarny Staw Gąsienicowy - Przełęcz Karb - Zielony Staw - Zejście do Murowańca - Przełęcz między Kopami - Skupniów Upłaz - Kuźnice.

Dolina Jaworzynka
Widok na Dolinę Jaworzynka
Przełęcz między Kopami
Na szlaku do Murowańca
Trasa do Czarnego Stawu
 

Wyruszyłam zgodnie z planem. Przerwy robiłam sobie wedle uznania i chęci nasycenia się oglądanymi widokami. Jeden z postojów był przy Czarnym Stawie.
Czarny Staw Gąsienicowy
Gdy ruszyłam w stronę przełęczy, zagadnęło mnie dwóch chłopaków (piszę chłopaków, bo na moje oko byli młodzi, około trzydziestki, a może i ciut mniej). Gdy ich mijałam, rzucili jakieś hasło odnośnie swej słabej kondycji. Zabrzmiało to dosyć zabawnie, że odezwałam się w temacie i skomentowałam swój stan. Od słowa do słowa okazało się, że oni planują iść na Świnicę, ale wahają się z powodu bardzo silnego wiatru.
Muszę wspomnieć, że po drodze, kilka osób zagadywało zarówno mnie, jak i kolegów na temat warunków na górze. Na trasie, gdy mijałam jakąś grupę, słyszałam, jak przewodniczka mówiła, że prognozy przewidują opady deszczu, ponoć miało zacząć padać około siedemnastej. Oczywiście podzieliłam się informacjami pogodowymi. Ponadto skomentowałam ich zamiar tym, że sama bym poszła na Świnicę, gdyby nie fakt, że nie mam z kim... No i dostałam propozycję, by do nich dołączyć. :)
Wiem, wiem... zaraz ktoś mnie zruga, że to było szalenie nierozsądne - dwóch nieznanych mi osobników i ja sama. Ale jakoś czułam, że mogę im zaufać. No i "skleiliśmy" grupę trzyosobową. Okazało się, że jeden kolega jest z Warszawy - Andrzej, drugi z Poznania - Emil. Też poznali się tego dnia. W tym właśnie momencie nastąpiła zmiana planów.:)
Taka oto trasa "wyszła":
Kuźnice - Dolina Jaworzynka - Przełęcz między Kopami - Czarny Staw Gąsienicowy - Przełęcz Karb - Zielony Staw -Świnicka Przełęcz - Świnica - Przełęcz Zawrat - Zmarzły Staw - Czarny Staw Gąsienicowy - Hala Gąsienicowa - Przełęcz między Kopami - Dolina Jaworzynka - Kuźnice.
Na przełęczy musieliśmy się porządnie opatulić, bo bardzo wiało. W ruch poszły wiatrówki, chusty i czapki, oraz u niektórych nawet rękawiczki. (Nawiasem mówiąc postanowiłam, że muszę sobie sprawić takowe na jesienne wyprawy w góry.) Spojrzenie z przełęczy na Zielony Staw i w drogę.
 Ruszyliśmy. Szczyt w chmurach na poniższym zdjęciu, to oczywiście Świnica. Mam takie szczęście, że jeszcze nie zdarzyło mi się wejść i pooglądać panoramy Tatr. Za każdym razem będąc na tym szczycie siedziałam w chmurach. Niezależnie od pory roku. Jak już uda mi się posiedzieć na szczycie w słońcu, na pewno zapamiętam ten dzień.:)
 Tutaj uzupełniliśmy zapasy wody.:)
Jak widać, zaczynało się już chmurzyć.
 A tutaj mała zagadka. Na tym zdjęciu spacerują dwie kozice. Kto jest spostrzegawczy dostrzeże je. Życzę powodzenia!:)
 Wracam do opowiadania.
Oczywiście ustaliliśmy, że jak dojdziemy do Świnickiej Przełęczy, to zdecydujemy co robimy. Czy idziemy dalej, czy zawracamy. Na przełęczy spotkaliśmy grupę sześciu młodych chłopaków, którzy również rozważali Świnicę. Zamieniliśmy kilka zdań. Zobaczyli, że my podchodzimy i zdecydowali się również. Z nimi mijaliśmy się na całej trasie. Na podejściach byli szybsi, ale przy zejściach my mieliśmy przewagę. Kiedyś ktoś mi powiedział, że doświadczenie w chodzeniu po górach widać właśnie na zejściach. Ci chłopcy nie czuli się pewnie przy schodzeniu, ale dużego plusa bym im dała za brak brawury i duży rozsądek. Ostatnie spojrzenie, już idąc w chmurach.

Wiatr był nieprzeciętny. Szliśmy dużo - po prostu - na czworaka, a nawet były chwile, że musieliśmy "przytulić się" do skał i przeczekać podmuch. Ale było warto.

Z tego dnia więcej zdjęć nie mam, bo jak po tym zdjęciu schowałam aparat do plecaka, to wyjęłam go dopiero w pokoju.:)

Szczyt został zdobyty. Tam zjedzone przepyszne kanapki. Oczywiście w chmurach.:)
 Wracaliśmy Zawratem, gdzie leżał śnieg, który spadł w zeszłym tygodniu. Schodziliśmy dobrym tempem rozmawiając luźno o życiu. Zadziwia mnie, że czasem spędzając z kimś zaledwie kilka godzin, tak dobrze można się czuć. Miało się wrażenie, jakbyśmy byli na nie jednym wspólnym szlaku. Dłuższy postój zrobiliśmy już przy Czarnym Stawie, no i się zagadaliśmy. Zaczęło kropić. (Było lekko po 17.00) Chłopcy wracali tylko do schroniska, więc mieli blisko, ja musiałam zejść do Kuźnic. Pożegnaliśmy się i wstępnie umówiliśmy, że jeśli jutro dotrę do dziewiątej do Murowańca, to wyruszymy na szlak razem. Wstępnie planowałam dwa warianty tras, które jak się okazało, częściowo pokrywały się z planami kolegów. Mieliśmy rano ustalić kompromisową trasę.
Ruszyłam w dół. Na przełęczy między Kopami zaczęło już solidnie padać. Co ja mówię zaczęło lać! Pomyślałam sobie - masz babo przygodę! Schodzisz sama ze szlaku, w deszczu! Ściemnia się w tempie piorunującym. Super, że jest latarka, ale... Wyobraźnia zaczęła się oczywiście silnie aktywować. Tak to jest, jak swego czasu dużo się czytało thrillerów i kryminałów. Przypomniałam sobie, że kilkanaście lat temu, w którejś z dolin tatrzańskich grasował gwałciciel, który do chat juhasów ściągał swoje ofiary. A ja przecież takie chaty będę mijała... Adrenalina zrobiła swoje. Tempo miałam zawrotne, część szlaku przebiegłam modląc się półgłosem. Lało strasznie. Wróciłam na kwaterę przemoczona całkowicie. Ale wróciłam także szalenie zadowolona, choć zmęczona. Rozłożyłam wszystkie rzeczy do suszenia. Gorący prysznic, coś ciepłego na kolację i SPAĆ...

Pomyślałam sobie, że chyba Pan Bóg zesłał mi dwa Anioły (dwóch sympatycznych, kulturalnych ludzi, którzy mi towarzyszyli), bym mogła pójść na trasę o której marzyłam.

Tutaj - dla cierpliwych, którzy przebrnęli przez tego posta - rozwiązanie zagadki.:)


Miałam całą wyprawę z kilku dni opisać w jednym wpisie, ale doszłam do wniosku, że trzeba to podzielić.