14 lipca, 2018

Co przyniosą "powroty"...?

  Dziwnie wraca się gdzieś po długim czasie. Dziwnie z kilku powodów... 

  Myślę, że każdy z nas ma czasem takie odczucie - z jednej strony tęsknota za tym, co zostawiliśmy bez opieki - z drugiej świadomość co się pozmieniało i jaki to ma wpływ na teraźniejszość.
  Sporo myśli przenika w głowie.
  Myśl, czy wracać do pisania po tak długiej przerwie, czy ruszać to co zawieszone (ponad 50 wpisów w roboczych postach), czy odsłaniać swoje życie, czy dzielić się codziennością... czy może jednak odpuścić?
  Każdy pisze swoją historię życia. Każdy w swoim życiu coś przeżywa. Dużo wytrwałości wymaga dzielenie się tym "z biegu". Zastanawiam się, czy jeśli wrócę, to wytrwam w decyzji, by zostawić taki właśnie "ślad"?
  Jest też motywacja w postaci tych osób, które tu zajrzą i może wspomną o mnie ciepło...:) Bo ja o osobach, w których blogi zaglądam, myślę ciepło...
Jest jeszcze myśl, że może dla dzieci będzie to świetną kartką z kalendarza ich przeszłości. Stąd decyzja, że jednak spróbuję.:)
 
Zatem zapraszam do czytania, tych, którzy tutaj jeszcze zaglądają sprawdzając czy żyję oraz tych którzy może trafią tutaj niebawem...



26 czerwca, 2017

Ile trwa naprawa pralki...

Ten rok jest dla mnie czasem próby w kwestii cierpliwości. Nie wiem jeszcze jaki to wszystko ma cel, ale wierzę, że będzie mi dane poznać powód.

Minął miesiąc - dokładnie wczoraj. 

Spod pralki 24 maja polała się woda. Na nasze szczęście (lub nieszczęście) kupując pralkę zdecydowaliśmy się na opcję pełnej ochrony i 5 letniego ubezpieczenia. Następnego dnia (25 maja) zgłosiliśmy do ubezpieczalni awarię pralki. Oczywiście procedury sprawiły, że fachowiec pojawił się dopiero we wtorek, czyli 30 maja i stwierdził, że jest pęknięty zbiornik. Mamy czekać. W mailu radośnie obwieszczono nam, że do 14 czerwca powinna do serwisu dotrzeć potrzebna część. 
Można się domyślić, jak funkcjonuje rodzina 7 osobowa bez pralki... Na szczęście Bóg czuwa, i znalazł się Ktoś, kto pożyczył pralkę... 
Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, 9 czerwca okazało się, że przyjedzie fachowiec i naprawi pralkę. Przyjechał, naprawił i kazał przez kilka godzin nie ruszać, bo musi coś, czym kleił wyschnąć. Czekamy. Wieczorem puszczamy pranie i... spod pralki dalej się leje.
Trzeba czekać do poniedziałku i kolejne zgłoszenie - reklamacja naprawy. Trzy dni czekania i 13 czerwca przychodzi kolejny Pan z serwisu. Okazuje się, że ten co przekładał zbiornik nie podłączył jakiegoś węża... Naprawia. Woda się nie leje, ale... sączy, na tyle subtelnie, że mokra podłoga zostaje zrzucona na kąpiące się w łazience dzieci. Czternastego jedno pranie, piętnastego przerwa, szesnastego drugie pranie, siedemnastego trzecie pranie i znów wycieka woda, teraz już konkretnie. Na tyle, że parkiet przy łazience lekko puchnie.:(
Znów trzeba czekać do poniedziałku by zgłosić usterkę - reklamację reklamacji naprawy. Na zgłoszenie Pani w ubezpieczalni odpowiada: "...w przeciągu 2-3 dni ktoś z serwisu skontaktuje się z Panią...". Nie wytrzymałam. Zareagowałam stanowczo, ale bardzo kulturalnie. Skomentowałam przebieg usterki, tryb naprawy, warunki ubezpieczenia, szybką obsługę i zadowolenie klienta, które ponoć gwarantują. Przynajmniej była reakcja, bo w przeciągu dwóch godzin zadzwoniła Pani z serwisu i oznajmiła, że w środę (21 czerwca), będzie serwisant. Owszem był, stwierdził, że to "błąd ludzki" - jego kolega nie dokręcił czegoś na grzałce. On to dokręcił, kazał poczekać, aż pralka przeschnie i zapewnił, że teraz, to już pralka będzie śmigać. 
Poczekałam do wieczora... nastawiłam pranie, dość sprawnie poszło (wręcz o wiele za sprawnie - bardzo szybko została wyprana zawartość), pranie przy wyjmowaniu było wyjątkowo zimne... Hm... Oczywiście u mnie w głowie zabłysła już czerwona lampka. Testuję dalej - włączam kolejny program, bo przecież trzeba nadrobić pranie z kilku dni (pożyczona pralka już została odłączona, bo nasza miała "śmigać")... Teraz to już był ekspres, 10 minut, ciągłe dolewanie wody i... zakończenie prania. Myślę sobie - pewnie coś fiksuje przez te wszystkie naprawy. Odłączyłam na jakiś czas pralkę z sieci, następnie nastawiłam timer, na poranne pranie. Po dziesięciu minutach pralka sygnałem dźwiękowym obwieściła zakończenie procesu. I tak trzykrotnie. OK - Poczekam do rana.
Rano jeszcze kolejna próba nastawienia jakiegokolwiek programu (choć bez wielkich nadziei) i oczywiście totalne fiksowanie programatora. Dobrze, że zanotowałam telefon do serwisu. Tuż po siódmej zadzwoniłam do serwisanta (przerwałam mu śniadanie). Oczywiście czwartek został już rozplanowany u klientów, więc pan miał się pojawić w piątek rano (czyli między 9.00 a 10.00). 
W piątek serwisant zdecydował, że zabierają pralkę do zdiagnozowania, i tam podejmą decyzję co do naprawy. Są dwie możliwe usterki - spalona grzałka, albo zepsuł się programator.  Dzwoniłam dziś przed południem z prośbą o informację co dalej. Na razie cisza - serwis milczy, a ja miesiąc nie mam swojej pralki...

Refleksji nasuwa mi się kilka, ale powstrzymam się z wyrażeniem ich do czasu, aż odzyskam sprawną pralkę.

Myślę, że niebawem opiszę, ile trwa naprawa samochodu... ;)

21 lutego, 2016

14 miesięcy... i "Dobre i złe chwile"

Wracam z Mateuszem Ziółko, bo bardzo wiele się z nim kojarzy. Można by pomyśleć, że wyszłam i zgubiłam drogę do domu... 



I trochę tak było, ale nie dosłownie. Będę powoli wracać do "żywych". Wydarzyło się tak wiele, i spojrzenie na wiele spraw zmieniło barwy. W sumie naprawdę nie wiem od czego zacząć, i nawet teraz, gdy myślę o różnych wydarzeniach z ostatnich miesięcy łzy same płyną.
Wykorzystuję czas, bo u nas jeszcze tydzień ferii. Pogoda niestety niezimowa, więc raczej nici z jazdy na nartach... Trzeba za to wypełnić dzieciom możliwie jak najlepiej czas i dać im z tego co się da. 
Praca jest, więc nie mogłam doczekać się tego tygodnia - wreszcie upragniony urlop. Lubię to, co robię, ale wyczerpana jestem straszliwie. Cały etat, piątka dzieci i dom to duży wysiłek. Ale o tym kiedy indziej.
Dziś tylko tyle, że jestem i żyję. I wracam.
 


22 grudnia, 2014

Boże, zamilkłam na tak długo, że aż sama sie dziwię...

Dzieje się bardzo dużo i na bloga zwyczajnie nie mam siły. Wstyd przyznać ile postów niedokończonych leży w "brudnopisie".

Od października zaczęłam nową pracę. W całkiem nowej dla mnie branży. 
W sumie wszystko potoczyło się zupełnie niespodziewanie. O tym, że muszę szukać pracy wiedziałam od kilku miesięcy. Mieliśmy temat obgadany z mężem. Na początku września zarejestrowałam się w urzędzie pracy. Byłam przekonana (i mąż podobnie), że poszukiwania pracy potrwają (przy dobrych wiatrach) kilka miesięcy. Na rozmowę wstępną w UP zostałam zapisana pod koniec września.
Jeśli ktoś przeszedł ścieżkę rejestracji, to wie, że teraz jest tak, iż każdy "petent" dostaje swojego "opiekuna". Następnie na podstawie doświadczenia zawodowego, wykształcenia, umiejętności i możliwości dokonywana jest klasyfikacja do jednego z trzech profili możliwości zawodowych. Komputer generuje wybór. W sumie najlepszy jest profil drugi, bo najkrócej - mówi on, że "petent" ma potencjał, może być dotowany i ewentualnie słany na kursy finansowane przez UP.
Po odpowiedzi na 24 pytania (jeśli dobrze pamiętam), zostałam przypisana do profilu drugiego. Moja opiekunka od razu przekazała mi informację, że jest oferta pracy, gdzie mogę aplikować. Tyle, że praca jest na pełny etat (ja na początek, z racji wieku Franka, chciałam czegoś na pół etatu). Cóż, darowanemu koniowi... Oczywiście ofertę przyjęłam i umówiłam się od razu na rozmowę kwalifikacyjną. Oprócz mnie były na to stanowisko jeszcze jakieś osoby. Na rozmowę nie przygotowywałam się ekstra, bo uznałam, że co ma być to będzie. Odpowiadałam na pytania szczerze i jak jest. Informację o tym, że jestem przyjęta otrzymałam po trzech dniach od rozmowy. Pierwsza rozmowa i od razu jest praca. Podbudowało mnie to, nie powiem.:)
No i od 9 października pracuję na cały etat. Moje dzieci w tempie ekspresowym musiały przestawić się na obecność babci w domu. Dzięki Bogu, mama przyjechała pomóc. Nie ma ze mną lekko (upierdliwa jestem strasznie). Mam nadzieję, że jeszcze trochę ze mną wytrzyma.
W sumie gdybym miała oddać Franka do prywatnego żłobka (na państwowy nie ma szans w takim czasie), to na niewiele opłaciłaby mi się ta praca. Tak przynajmniej załatamy powoli dziury.;)
Z perspektywy tych już ponad dwóch miesięcy, to bardzo cieszy mnie taki rozwój sytuacji. Pracuję z fajnymi ludźmi, bardzo podoba mi się to co robię, a wręcz z czasem coraz bardziej. Lubię kontakt z ludźmi, lubię uczyć się nowych rzeczy. Mimo, że w pracy zajęta jestem cały dzień, to jest to coś innego niż codzienne, całodzienne obowiązki w domu. Pracuję na zmiany, ale w godzinach jeszcze znośnych, bo czynne mamy od 7.00 do 18.00. 
Oczywiście obowiązków w domu nie ubyło, więc czas się skurczył. Zmiany czują też dzieci, a najbardziej jest to widoczne u Franka, który jak wracam, właściwie nie odchodzi ode mnie. On jest pierwszym dzieckiem, które tak szybko ma "zabraną" mamę na 1/3 dnia. Wiem, że "da radę", ale trochę mi przykro, że tak musi być.
Przygotowania do Świąt w toku. W miarę opanowane wszystko. Będzie też czas by odetchnąć. Na szczęście w firmie już w Wigilię jest odgórnie wolne.

"Ach witaj , Zbawco; z dawna żądany, tyle tysięcy lat wyglądany!
Na Ciebie króle, prorocy, czekali a Tyś tej nocy - Nam się objawił."

Na ten czas, 
czas, który jest już tak blisko, 
czas radowania się z Narodzenia Pana 
życzę Wam wszystkim zaglądającym tutaj
przede wszystkim 
spokoju, chwili refleksji i zadumy, 
odnowy serca i ducha,
radości z możliwości spędzenia czasu z najbliższymi,
radosnego kolędowania oraz
Wiary i Nadziei na nadchodzące jutro.

Pozdrawiam serdecznie, Rylka!

08 lipca, 2014

Zrobiłam sobie próbę do opisania tego co u mnie. Domyślam się, że brzmi to trochę dziwnie. Moja próba wyglądała tak: usiadłam przed monitorem i zaczęłam się zastanawiać od czego zacząć... Długo się przybierałam, bo tyle czasu upłynęło, że nie wiem co ruszyć na początek. 
Podczas mojego milczenia: spędziliśmy w rodzinnej atmosferze Święta Wielkanocne z rodzicami/dziadkami i urodziny Tomeczka; był pogrzeb w bliskiej rodzinie i wizyta w przepięknym Przemyślu; był jednodniowy wypad do Krakowa na spotkanie z Przyjaciółmi (którzy na kilka dni tam zawitali); była Komunia Święta mojego Chrześniaka; były wizyty w różnych poradniach; były urodziny Marcinka bez świętowania; była Pielgrzymka Mężczyzn do Piekar i weekendowa wizyta Gości z tym związana; był Dzień Matki; był potworny ból kręgosłupa, zapalenie zatok i krtani i wiele, wiele innych codziennych przypadków...
Potem zawitał czerwiec, a w nim Dzień Dziecka, kolejne poradnie, plener zorganizowany przez nasze Muzeum Miejskie; zakończenie roku szkolnego i radość z rozpoczynających się wakacji.

Brzmi to niczym wyliczanka z kalendarza.
Wydarzenia o których mówię są różnego zabarwienia. O niektórych można pisać dużo i kwieciście, o innych najchętniej bym milczała. Samo życie, wiem - ale chciałabym się nim dzielić.

Dlatego będzie mały misz-masz i tematy nieco spóźnione, dorzucane na bieżąco.:)

A teraz pragnę się podzielić - właściwie już na dobranoc - tym, co mi dzisiaj w duszy gra...

Niebawem będzie mnie więcej. Dobranoc.:)

29 maja, 2014

Niestety...

Miała być przerwa na czas świąt Wielkanocnych, a cisza tutaj trwa już prawie półtora miesiąca. Przepraszam zaglądających. 
Dużo  przez ten czas się działo i zbieram się by poopowiadać i nadrobić zaległości. Już niebawem się odezwę.

19 kwietnia, 2014

Zmartwychwstanie Pańskie

Zamyśliłam się dziś nad grobem. Grobem mojego Pana i Zbawiciela. Warto było. 
Jak wielką miłością obdarzył każdego z nas trudno opisać, skoro poświęcił siebie. 
Jaką ja darzę Go miłością i ile umiem z siebie dać? Mam nadzieję, że jutrzejsza radość z podarowanej Łaski Zbawienia będzie wystarczającą odpowiedzią. 
Kochani, życzę Wam wszystkim PRZEBUDZENIA i WIARY by z radością przeżywać radosny czas jaki właśnie nastaje!

14 kwietnia, 2014

Jajo wielkanocne

Dzisiaj będzie szybko i krótko. 
Chciałam jedynie pokazać jajo ozdobne, jakie zrobiłam wczoraj po obiedzie na kiermasz do szkoły. Było minimalistycznie w kwestii ilości, bo tylko jedna sztuka, ale nie dałam rady więcej. Dopadł mnie tak koszmarny ból głowy, że nawet ruszanie gałkami oczami przynosiło potworny ból. Myślałam, że mi głowę rozsadzi. Dziś jest lepiej, bo mogę funkcjonować, ale wspieram się tabletkami przeciwbólowymi.
Na początek narzędzia, które został wykorzystane: jajo styropianowe, cekiny, klej magik, wstążeczki w dwóch rozmiarach, filiżanka jako podstawka i wykałaczki, którymi nakładałam klej na cekiny, oraz szpilki, którymi przytwierdziłam wstążeczkę do jaja (na zdjęciu ich nie widać).
 Efekt końcowy.
 Tutaj Marcinek. jako prezenter. Tak mu się to jajo spodobało, że do domu muszę zrobić drugie (efekt pracy zaprezentuję), bo ledwie oddał to Wojtusiowi.
Zdjęcia może nie powalające, ale efekt pracy widać. Mamy tylko nadzieję, że ktoś się skusi i je kupi na kiermaszu.:)

11 kwietnia, 2014

Co mnie wkurza cz. 1

Wiem, że każdy z nas ma takie rzeczy, które w zależności od nastroju i dodatkowych czynników potrafią nas wkurzyć.:) Pomyślałam sobie, że mogę opisywać rzeczy, tematy czy sprawy, które potrafią mnie zirytować, wkurzyć a nawet rozwścieczyć. Będzie trochę z przymrużeniem oka, a trochę na serio. :)
Na pierwszy rzut rzecz, która jest obecnie w stałym repertuarze moich czynności domowych. Może dlatego jako pierwsza przyszła mi do głowy. Dzieje się tak z powodu "posiadania" małych dzieci. Wykonywanie jej raz dziennie to standard, zdarza się nawet 3-4 razy i co najgorsze, bardzo szybko nie widać, że owa czynność była czyniona! Mam tutaj na myśli MYCIE PODŁOGI.
Wkurza mnie niemiłosiernie, gdy zaraz po tej czynności "coś" musi się zdarzyć, wspomniane "coś", to nic innego jak rozlanie czy rozsypanie przeróżnych substancji obecnych w domu. Rozsypanie to pół biedy, bo odkurzacz - także w stałym repertuarze -  idzie w ruch i szybko po sprawie. Zalania myć trzeba. Nie ma oczywiście z tego tytułu żadnych złośliwości czy krzywdy dla "winowajców", ale w duchu sobie ulżyć potrafię, używając również słownictwa niecenzuralnego.
Mam wrażenie, że każdy kto do mnie przychodzi patrzy mi na podłogi i akurat wtedy, te nie są "wystarczająco" czyste,a przecież w domu małe dzieci...
Wiem, że zapewne to moja obsesja, i wiem, że obiektywnie patrząc źle nie jest, ale...;-)

09 kwietnia, 2014

No i stało się!:)

Nasze najmłodsze dziecię wczoraj wieczorem po raz pierwszy samodzielnie stanęło w łóżeczku. Oczywiście nowa umiejętność "zasmakowała" i rozbudziła  nadzieje.;) 
Odkrycie jakiego dokonał zapadło w młodej główce. Obecnie nasz kochany Synek walczy z własną słabością. Nie daje rady postać długo, więc zaciekle walczy o każdą sekundę. Nawet teraz jest awantura, bo nogi już nie dają rady, a główka bardzo chce do góry... 
Szkoda mi go, choć z drugiej strony, te jego zmagania ogromnie mnie radują. Niewiele mogę zrobić by mu pomóc. Musi sobie z tym poradzić sam. Zanim się wzmocni chwilę to potrwa. Ja go tylko co jakiś czas pocieszająco utulę.:)
Jak uda mi się uwiecznić, te starania na zdjęciu, to dołączę do posta. :)

08 kwietnia, 2014

Odroczenie

Tomek już oficjalnie odroczony. Tzn. już mam dokumenty na odroczenie. Opinię z poradni odebrałam wczoraj. Nie pójdzie jako sześciolatek do szkoły. Ufff! Badania miał pod koniec lutego i na początku marca. Wczoraj też miał badanie słuchu. Niestety, wydruki które dostałam niewiele mi mówią, a wizytę u laryngolog będę miała dopiero na początku czerwca. Trzeba czekać. Jeszcze badanie wzroku go czeka, a potem komplet badań idzie dalej.
Wczoraj, oprócz tych dwóch spraw byliśmy z Tomkiem w Urzędzie Miasta po stały dowód rejestracyjny naszego auta. Spędziliśmy tam ponad 45 minut. W kolejce w sumie chyba ze 30 osób, większość wkurzona tym, że musi stać. W pewnym momencie nawet posypały się niewybredne komentarze na temat pań pracujących w okienkach. A okienka całe dwa. Trochę za mało na takie tłumy. Tym bardziej, że zarejestrowanie, wyrejestrowanie, odebranie tymczasowego dowodu rejestracyjnego i stałego tylko w tych dwóch okienkach. Nie będę komentować tego, bo to kwestia, którą należałoby poruszyć u kogoś, kto zarządza strukturą urzędu. Ale uważam, że kobiety, które tam pracują niczemu nie są winne. Obsługują normalnie, bez ociągania. Tak sobie myślę, że niewielkim wkładem można by sobie dzień umilić. Nawet w takiej kolejce. Ludzie warczą do siebie, wykłucają się o to, kto kiedy wchodzi. A prawda jest taka, że ani kłótnie, ani warczenie na drugiego nie przyspieszą tej kolejki. Jedynie zniesmaczą oczekiwanie, bo z przyczyn wiadomych (dwa okienka) trzeba odstać swoje. Tomek przynajmniej miał bonusa w postaci gry na mojej komórce.:) A, że czas przy zabawie szybko upływa, to mile był zaskoczony, gdy się zorientował, iż już za chwilę my wchodzimy załatwić sprawę. 
Od soboty dokuczał mi ząb, niestety wczoraj nie udało mi się dostać do dentysty. Za dużo bolących zębów wczoraj było. Dopiero dziś rano miałam wizytę - "borowanie, czyszczenie, klejenie", efekt jest - ząb nie boli. To najważniejsze.:) Przy okazji chłopcy też mieli przegląd. Franek w foteliku cierpliwie czekał na finał sprawy. Chłopcy za to świetnie się bawili. Nie zachowywali się głośno, ale z racji, że było ich trzech i cały czas gadali, to nie dało się ich nie słyszeć z poczekalni. Na szczęście nasza Pani Doktor, to cierpliwa kobieta i lubi naszą rodzinkę. :)

06 kwietnia, 2014

Migawka

Tak wygląda styrany ćwiczeniami na klawiszach ośmiomiesięczny szkrab.;)
Nie mogłam się powstrzymać.:-))
Niedziela mija dziś spokojnie, może poza krótkim "fochem", który dopadł Wercię, ale na szczęście szybko minął. Nie daliśmy się z mężem sprowokować.;) 
Wojtek miał służbę o siódmej, więc z rana pojechaliśmy razem. Stwierdził, że on woli poranne służby, bo potem ma cały dzień wolny. Wcale mu się nie dziwię, jak jak byłam młodsza to zazwyczaj rano chodziłam, wieczorami tylko sporadycznie.
Marcinek ćwiczy. Mówienie. Widzę jak się stara, jak wprowadza powoli nowe wyrazy do swojego słownictwa, błysk w oku i satysfakcja gdy się uda wyraźnie powiedzieć. Dziś na tapecie "mama...łaga" czyli mambałaga. Piękne to.
Przyjemnie jest patrzeć jak dzieci wspólnie się bawią. Oni z radością spędzają ze sobą czas, pomimo różnicy wieku potrafią się sobą zająć.
Ach i jeszcze nasze wiosenne "zdobycze" z minionego tygodnia!

04 kwietnia, 2014

Mambałaga

Od dwóch dni jestem wykończona. Kręgosłup daje popalić. Ćwiczenia niewiele pomagają.
Franek najprawdopodobniej miał trzydniówkę. Bo żadnych objawów oprócz wysokiej gorączki nie było. Marudny był straszliwie, tylko na rękach się uspokajał, więc noszenie go swoje zrobiło. Ale nie miałabym sumienia zostawić takiego maleństwa i nie utulić gdy źle się czuło.
Ja powoli przedzieram się przez tematy szeroko pojętej codzienności.
Marcinek natomiast od kilku dni codziennie chce słuchać tej oto piosenki.:) Po kilka razy. Przyznam, że nie byłam nigdy fanką tego zespołu, do czasu... Ostatnio sama włączam i słucham.


Rozbraja mnie, jak on się zasłuchuje w tej piosence. I jak się przy niej rusza!:)


03 kwietnia, 2014

Migdałowiec na cieście miodowym

Przepis "skomponowałam" na małą blachę. W internecie znalazłam tyle przepisów na ciasto miodowe, że nie mogłam się zdecydować, dlatego zaczęłam sama kombinować. :) 
Oto efekty.


Składniki:
ciasto:
3 szklanki mąki pszennej
150 g miodu
1/2 kostki margaryny
2 łyżki cukru pudru
1 1/2 łyżeczki sody

masa budyniowa:
3/4 l mleka
budyń śmietankowy duży
4 czubate łyżeczki cukru
ok. 50 g margaryny (lub masła)
2 płaskie łyżki mąki pszennej

karmel:
czubata łyżka masła
puszka mleka skondensowanego słodzonego
2-3 kostki czekolady (gorzkiej lub mlecznej)

paczka migdałów do posypania (200 g)

Przygotowanie:
1. Miód musi być płynny. Ja go lekko rozgrzałam w rondelku razem z margaryną. Następnie połączyłam wszystko i wyrobiłam na gładką masę. Podzieliłam na dwie części i piekłam na dwa razy. Można też upiec jednorazowo i przekroić.
2. W czasie gdy piekły się placki przygotowałam masę budyniową. Mleko (ok 600 ml) zagotowałam z cukrem i tłuszczem, następnie dodałam rozmieszany w pozostałej ilości mleka budyń i mąkę. Odstawiłam by stygło.
3. Mleko skondensowane z masłem zaczęłam podgrzewać w garnku, często mieszając. Jak już było solidnie rozgrzane dodałam czekoladę. Mieszałam na małym ogniu aż karmel zgęstniał. Przygotowałam go na końcu, ponieważ od razu smarowałam nim już przełożone masą budyniową placki miodowe. Posypałam karmel migdałami, ręką docisnęłam by płatki wlepiły się w karmel. I gotowe!

Niestety, nie udało mi się zrobić zdjęcia całej blachy, ponieważ ciasto od razu znalazło amatorów.:)
A! Muszę tylko dodać, że inspiracją było podobne ciasto z orzechami włoskimi zjedzone gdzieś do kawy.:)

01 kwietnia, 2014

Obiadek

Dziś, czekając w przedszkolu na Tomeczka (ubierał się), usłyszałam taką oto rozmowę:
M.: E., czy zjadłaś dzisiaj obiadek?
E.: Obiadek? Oczywiście, że zjadłam! I to cały obiadek.
M.: Naprawdę zjadłaś cały obiadek? Tak ci smakował? (nadzieja w głosie)
Przechodząca akurat korytarzem intendentka odezwała się: E. nie zjadła dzisiaj obiadku.
Na co rezolutna E.: Prima aprilis!
W tym momencie pani intendentka zaśmiała się i dodała:  Oj, gdybyś zjadła ten obiadek to wszyscy byśmy dzisiaj mieli prima aprilis.
E. to niejadek, jej mama strasznie nad tym ubolewa, więc jednym z często poruszanych tematów z typu "co było dzisiaj w przedszkolu", są pytania o posiłki.

Rozumiem mamę tej dziewczynki.:) Tomek także jest niejadkiem (wzrokiem i zapachem potrafi ocenić, czego nie lubi i co mu na pewno nie posmakuje), choć ostatnio przynajmniej wszystkiego w minimalnej ilości próbuje. Ja także podpytuję go często co pysznego, nowego zjadł.:)


Prima aprilis

Jako dziecko uwielbiałam ten dzień, bo mogłam bezkarnie "wkręcać" kogo się dało.:) Zostało mi to do dziś. 
Przed dosłownie dwiema minutkami pierwsza osoba w dniu dzisiejszym została okłamana. Niewinnie. Mianowicie, mój Małżonek sprawdzał dlaczego spodnie gwoździem rozerwał... dziurka wirtualna.:)
Jutro zapewne, wraz z dziećmi, będziemy się prześcigać w psikusach. Wszystkim tego też życzę. Dobrej nocy i udanego dnia!:)

31 marca, 2014

Zielono mi...

Zazieleniło się wczoraj na moim blogu... Ktoś może pomyślałby, że wiosna, że zmiany w związku urodzinami... A tu po prostu zbieg okoliczności. Nieszczęśliwie przepadło moje przepiękne tło (oczywiście piękne w mojej subiektywnej ocenie;) ), jego autorzy najprawdopodobniej zakończyli swoją działalność... Niestety.
Ale oczywiście zmiany mnie również cieszą, bo zielony na wiosnę ładuje optymizmem i dodaje energii.:)
Mam nadzieję, że Tym którzy tutaj zaglądają, ów kolor również dorzuci trochę wiosny do codzienności. Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia życzę!:)

29 marca, 2014

...

Dziś byliśmy całą familią na zakupach. Główne zakupy to bielizna, oraz obuwie (dzieci szybko wyrastają z rzeczy). W związku z wyjściem całą rodzinką, muszę podzielić się pewną refleksją... Mianowicie, jak idziemy razem - a jest nas dwójka dorosłych i piątka dzieci - widzę, jak wiele osób liczy nam dzieci. Nie jest to temat, który dopiero teraz zauważyłam, dziś się nim dzielę. Czasem głowy ludziom aż "chodzą"... Ja wiem, żeśmy "rodzina wielodzietna", ale czasem kaprys na twarzy potrafi zirytować. Niektórzy reagują tak, jakby łożyli na nasze dzieci i irytował ich fakt, że mamy ich aż "tyle". Wiem, że nie powinnam się tym przejmować, zwyczajnie nie zauważać, ale niekiedy po prostu nie da się. Dziś nawet kilka razy usłyszeliśmy komentarze słowne. Czy naprawdę ludzi już tak szokuje widok normalnej rodziny z piątką dzieci? Rzadko wychodzimy z całą piątką jednocześnie, a jak tak się dzieje, to nie użeramy się ani nie złościmy, bo dzieci są posłuszne (w granicach normalnych zachowań), nie są nazbyt hałaśliwe, jedynie gadatliwe.;) Może ta normalność po prostu zaskakuje. Może to, że nie wyglądam na umęczoną styraną mamę, tylko na zadowoloną z życia i z tego "co mam" tak szokuje? Nie wiem.

Zaczynam świętowanie.;) 
Wczoraj dostałam pierwszy prezent urodzinowy.:) Śliczne kolczyki zrobione przez moją siostrę. Do tego kartka własnoręcznie zrobiona. Milutko, szczególnie, że mieszkamy kawał drogi od siebie.:) Zdjęcia dorzucę nieco później.
A teraz już zmykam do łóżka, bo dzisiajszej nocy, sen krótszy o godzinę...  Czas letni wita.

02 marca, 2014

Tego mi ostatnio potrzeba...

Modlitwa o pogodę ducha
Wersja skrócona znaleziona w sieci:
Panie, 
użycz mi odwagi, 
abym zmieniał to, co mogę zmienić, 
pogody ducha, 
abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić, 
oraz mądrości, 
abym odróżniał jedno od drugiego.

Pełna wersja tej modlitwy:

Boże,
użycz mi pogody ducha,
abym godził się z tym,
czego nie mogę zmienić.
Odwagi, abym zmieniał to,
co mogę zmienić.
I mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego.
Pozwól mi co dzień
Żyć tylko jednym dniem
i czerpać radość z chwili, która trwa;
i w trudnych doświadczeniach losu ujrzeć
drogę wiodącą do spokoju;
i przyjąć – jak Ty to uczyniłeś
- ten grzeszny świat takim,
Jakim on naprawdę jest,
a nie takim jak ja chciałbym go widzieć;
i ufać, że jeśli posłusznie poddam się Twojej woli,
to wszystko będzie jak należy.
Tak bym w tym życiu osiągnął umiarkowane szczęście,
a w życiu przyszłym, u twego boku, na wieki posiadł
szczęśliwość nieskończoną.

Autorstwa ponoć Marka Aureliusza (doczytałam się sprzecznych informacji).
Może komuś pomoże. Ja się nią ostatnio "wspieram".
Dobrej nocy.

21 lutego, 2014

Emigranci Na falochronie

Stary kawałek, ale dzisiaj jakoś wyjątkowo w sercu mi gra. 
Jak rano usłyszałam go w radiu to się poryczałam. Niestabilność emocjonalna matki wielodzietnej.;) A tak naprawdę to przypomniało mi się kilka scenek z przeszłości, jak bumerang wróciły do mnie i potwornie poruszyły.

 
Na falochronie
Powiedz mi, kto dał im prawo walk
Gdy moje serce chce bić
Żyć dla ciebie cały czas
Powiedz mi dlaczego mam się bać
Na baczność stawiać sny
Zapiąć się w brązowy pas 

Muszę już iść, na rozkaz zostawić Cię
Na rozkaz spać i jeść
I odliczać każdy dzień
Czekaj, napiszę długi list
Że zawsze tylko ty
Że jeszcze tylko parę dni 

Ref: Jeszcze dzień wyjdę stąd
Rzucę bagnet, rzucę broń
Przeskoczę każdy mur
Jeszcze dzień, wyjdę stąd
Przeskoczę każdy mur

Powiedz mi dlaczego tak ma być
Że liczę każdy dzień
i w gardle mam te same łzy
Powiedz mi, kto dał im prawo walk
Na baczność stawiać sny
Zapiąć mnie w brązowy pas
  Ref: Jeszcze dzień wyjdę stąd
Rzucę bagnet, rzucę broń
Przeskoczę każdy mur
Jeszcze dzień, wyjdę stąd
Przeskoczę każdy mur
tekst: Paweł Kukiz, muzyka: Emigranci

Cały czas myślę o Ukrainie.