poniedziałek, 22 grudnia 2014

Boże, zamilkłam na tak długo, że aż sama sie dziwię...

Dzieje się bardzo dużo i na bloga zwyczajnie nie mam siły. Wstyd przyznać ile postów niedokończonych leży w "brudnopisie".

Od października zaczęłam nową pracę. W całkiem nowej dla mnie branży. 
W sumie wszystko potoczyło się zupełnie niespodziewanie. O tym, że muszę szukać pracy wiedziałam od kilku miesięcy. Mieliśmy temat obgadany z mężem. Na początku września zarejestrowałam się w urzędzie pracy. Byłam przekonana (i mąż podobnie), że poszukiwania pracy potrwają (przy dobrych wiatrach) kilka miesięcy. Na rozmowę wstępną w UP zostałam zapisana pod koniec września.
Jeśli ktoś przeszedł ścieżkę rejestracji, to wie, że teraz jest tak, iż każdy "petent" dostaje swojego "opiekuna". Następnie na podstawie doświadczenia zawodowego, wykształcenia, umiejętności i możliwości dokonywana jest klasyfikacja do jednego z trzech profili możliwości zawodowych. Komputer generuje wybór. W sumie najlepszy jest profil drugi, bo najkrócej - mówi on, że "petent" ma potencjał, może być dotowany i ewentualnie słany na kursy finansowane przez UP.
Po odpowiedzi na 24 pytania (jeśli dobrze pamiętam), zostałam przypisana do profilu drugiego. Moja opiekunka od razu przekazała mi informację, że jest oferta pracy, gdzie mogę aplikować. Tyle, że praca jest na pełny etat (ja na początek, z racji wieku Franka, chciałam czegoś na pół etatu). Cóż, darowanemu koniowi... Oczywiście ofertę przyjęłam i umówiłam się od razu na rozmowę kwalifikacyjną. Oprócz mnie były na to stanowisko jeszcze jakieś osoby. Na rozmowę nie przygotowywałam się ekstra, bo uznałam, że co ma być to będzie. Odpowiadałam na pytania szczerze i jak jest. Informację o tym, że jestem przyjęta otrzymałam po trzech dniach od rozmowy. Pierwsza rozmowa i od razu jest praca. Podbudowało mnie to, nie powiem.:)
No i od 9 października pracuję na cały etat. Moje dzieci w tempie ekspresowym musiały przestawić się na obecność babci w domu. Dzięki Bogu, mama przyjechała pomóc. Nie ma ze mną lekko (upierdliwa jestem strasznie). Mam nadzieję, że jeszcze trochę ze mną wytrzyma.
W sumie gdybym miała oddać Franka do prywatnego żłobka (na państwowy nie ma szans w takim czasie), to na niewiele opłaciłaby mi się ta praca. Tak przynajmniej załatamy powoli dziury.;)
Z perspektywy tych już ponad dwóch miesięcy, to bardzo cieszy mnie taki rozwój sytuacji. Pracuję z fajnymi ludźmi, bardzo podoba mi się to co robię, a wręcz z czasem coraz bardziej. Lubię kontakt z ludźmi, lubię uczyć się nowych rzeczy. Mimo, że w pracy zajęta jestem cały dzień, to jest to coś innego niż codzienne, całodzienne obowiązki w domu. Pracuję na zmiany, ale w godzinach jeszcze znośnych, bo czynne mamy od 7.00 do 18.00. 
Oczywiście obowiązków w domu nie ubyło, więc czas się skurczył. Zmiany czują też dzieci, a najbardziej jest to widoczne u Franka, który jak wracam, właściwie nie odchodzi ode mnie. On jest pierwszym dzieckiem, które tak szybko ma "zabraną" mamę na 1/3 dnia. Wiem, że "da radę", ale trochę mi przykro, że tak musi być.
Przygotowania do Świąt w toku. W miarę opanowane wszystko. Będzie też czas by odetchnąć. Na szczęście w firmie już w Wigilię jest odgórnie wolne.

"Ach witaj , Zbawco; z dawna żądany, tyle tysięcy lat wyglądany!
Na Ciebie króle, prorocy, czekali a Tyś tej nocy - Nam się objawił."

Na ten czas, 
czas, który jest już tak blisko, 
czas radowania się z Narodzenia Pana 
życzę Wam wszystkim zaglądającym tutaj
przede wszystkim 
spokoju, chwili refleksji i zadumy, 
odnowy serca i ducha,
radości z możliwości spędzenia czasu z najbliższymi,
radosnego kolędowania oraz
Wiary i Nadziei na nadchodzące jutro.

Pozdrawiam serdecznie, Rylka!

2 komentarze:

  1. Mam nadzieję, że jakoś się wszystko poukładało. Niecierpliwie czekam na kolejne wpisy ;) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  2. No kochana! Pisz co u Ciebie trochę częściej;))
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń