31 maja, 2012

Zepsute żelki

Wczoraj mój Małżonek pyta mnie: "Chcesz zepsutego żelka"?

Z pierwszej chwili sądziłam, że coś źle usłyszałam, albo chce sobie ze mnie zażartować.:) Dopytałam i okazało się, że słyszę dobrze. Odpowiedziałam zaczepnie: "Chcę." I czekałam co będzie dalej.
Słysząc moją zgodę, mój Drogi Małżonek, wyjmuje z szafki żelki Haribo, mieszankę różnych rodzajów żelków (przekrój smaków i rodzajów). W paczce było ich już niewiele, ale wśród nich zostało jeszcze kilka sztuk z lukrecją (nasze ulubione). Zapytałam o co chodzi z tymi zepsutymi, no i usłyszałam taką historię...
Kilka godzin wcześniej, mój Małżonek przyuważył, że Tomek poczęstował się żelkiem (akurat takim z lukrecją w środku) i po chwili, po dokładnym obgryzieniu pierwszej warstwy, ciemniejszy środek (czyli lukrecję) wyrzucił do kosza. Mąż jakby mimochodem zapytał: "Co robisz Tomeczku"? Na co nasz synek najzwyczajniej w świecie odpowiedział: "Wyrzucam żelka, bo jest zepsuty". "Ale on nie jest zepsuty" - bronił żelka Mąż, na co usłyszał: "Jest zepsuty, jest niedobry"!
Nasz czterolatek - jako, że znał smaki różnych żelków, a nie posmakowała mu czarna masa w środku żelka - uznał, iż na pewno żelki, które ją zawierają są zepsute. A co się robi z rzeczami zepsutymi? Do kosza. ;)

Nie pojedliśmy tym razem szeroko omawianej dziś lukrecji.:) Po oględzinach okazało się, że jej znakomita większość spoczywa już w koszu na śmieci...

27 maja, 2012

na Dzień Matki wizyta mojego Taty.:)

Krótki wstęp do tematu.
We wtorek i środę miałam potworne bóle głowy, ledwie funkcjonowałam. Jak nigdy musiałam wspomagać się lekami przeciwbólowymi.
W czwartek wieczorem czułam się już koszmarnie, do tego doszedł beznadziejny ból gardła, i coś mnie tknęło, by sprawdzić czy nie mam gorączki. Okazało się, że jest i to całkiem spora (39,7 st. C). Następnego dnia poszłam do lekarza. Aż trudno uwierzyć, ale okazało się, że dorwała mnie angina.
Dzisiaj wreszcie pierwszy dzień bez gorączki. Strasznie osłabiona jestem, pocę się jak przysłowiowa mysz. Ten dzień nie należy (fizycznie) do lekkich, bo jestem dziś sama z dziećmi w domu. Ale daję radę.;)

Wczoraj przyjechał do nas na weekend mój Tato. Mama jest w Siedlcach i pomaga mojej siostrze. Krzyś z moim Tatą poszli pierwszy raz na coroczną pielgrzymkę mężczyzn do Piekar Śląskich. Bardzo się cieszę, że oni mogli tam dzisiaj razem być. Patrząc na wydarzenia ostatnich lat, dzisiejszy dzień jest błogosławieństwem. Obydwaj zgodnie stwierdzili, że warto było podjąć ten trud, że jest to przeżycie niepowtarzalne i głębokie duchowo. Są już nawet plany, że za rok pójdą w większym gronie...
Zobaczymy czy uda im się to zrealizować, ja wierzę, że tak. .:)