26 czerwca, 2017

Ile trwa naprawa pralki...

Ten rok jest dla mnie czasem próby w kwestii cierpliwości. Nie wiem jeszcze jaki to wszystko ma cel, ale wierzę, że będzie mi dane poznać powód.

Minął miesiąc - dokładnie wczoraj. 

Spod pralki 24 maja polała się woda. Na nasze szczęście (lub nieszczęście) kupując pralkę zdecydowaliśmy się na opcję pełnej ochrony i 5 letniego ubezpieczenia. Następnego dnia (25 maja) zgłosiliśmy do ubezpieczalni awarię pralki. Oczywiście procedury sprawiły, że fachowiec pojawił się dopiero we wtorek, czyli 30 maja i stwierdził, że jest pęknięty zbiornik. Mamy czekać. W mailu radośnie obwieszczono nam, że do 14 czerwca powinna do serwisu dotrzeć potrzebna część. 
Można się domyślić, jak funkcjonuje rodzina 7 osobowa bez pralki... Na szczęście Bóg czuwa, i znalazł się Ktoś, kto pożyczył pralkę... 
Ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu, 9 czerwca okazało się, że przyjedzie fachowiec i naprawi pralkę. Przyjechał, naprawił i kazał przez kilka godzin nie ruszać, bo musi coś, czym kleił wyschnąć. Czekamy. Wieczorem puszczamy pranie i... spod pralki dalej się leje.
Trzeba czekać do poniedziałku i kolejne zgłoszenie - reklamacja naprawy. Trzy dni czekania i 13 czerwca przychodzi kolejny Pan z serwisu. Okazuje się, że ten co przekładał zbiornik nie podłączył jakiegoś węża... Naprawia. Woda się nie leje, ale... sączy, na tyle subtelnie, że mokra podłoga zostaje zrzucona na kąpiące się w łazience dzieci. Czternastego jedno pranie, piętnastego przerwa, szesnastego drugie pranie, siedemnastego trzecie pranie i znów wycieka woda, teraz już konkretnie. Na tyle, że parkiet przy łazience lekko puchnie.:(
Znów trzeba czekać do poniedziałku by zgłosić usterkę - reklamację reklamacji naprawy. Na zgłoszenie Pani w ubezpieczalni odpowiada: "...w przeciągu 2-3 dni ktoś z serwisu skontaktuje się z Panią...". Nie wytrzymałam. Zareagowałam stanowczo, ale bardzo kulturalnie. Skomentowałam przebieg usterki, tryb naprawy, warunki ubezpieczenia, szybką obsługę i zadowolenie klienta, które ponoć gwarantują. Przynajmniej była reakcja, bo w przeciągu dwóch godzin zadzwoniła Pani z serwisu i oznajmiła, że w środę (21 czerwca), będzie serwisant. Owszem był, stwierdził, że to "błąd ludzki" - jego kolega nie dokręcił czegoś na grzałce. On to dokręcił, kazał poczekać, aż pralka przeschnie i zapewnił, że teraz, to już pralka będzie śmigać. 
Poczekałam do wieczora... nastawiłam pranie, dość sprawnie poszło (wręcz o wiele za sprawnie - bardzo szybko została wyprana zawartość), pranie przy wyjmowaniu było wyjątkowo zimne... Hm... Oczywiście u mnie w głowie zabłysła już czerwona lampka. Testuję dalej - włączam kolejny program, bo przecież trzeba nadrobić pranie z kilku dni (pożyczona pralka już została odłączona, bo nasza miała "śmigać")... Teraz to już był ekspres, 10 minut, ciągłe dolewanie wody i... zakończenie prania. Myślę sobie - pewnie coś fiksuje przez te wszystkie naprawy. Odłączyłam na jakiś czas pralkę z sieci, następnie nastawiłam timer, na poranne pranie. Po dziesięciu minutach pralka sygnałem dźwiękowym obwieściła zakończenie procesu. I tak trzykrotnie. OK - Poczekam do rana.
Rano jeszcze kolejna próba nastawienia jakiegokolwiek programu (choć bez wielkich nadziei) i oczywiście totalne fiksowanie programatora. Dobrze, że zanotowałam telefon do serwisu. Tuż po siódmej zadzwoniłam do serwisanta (przerwałam mu śniadanie). Oczywiście czwartek został już rozplanowany u klientów, więc pan miał się pojawić w piątek rano (czyli między 9.00 a 10.00). 
W piątek serwisant zdecydował, że zabierają pralkę do zdiagnozowania, i tam podejmą decyzję co do naprawy. Są dwie możliwe usterki - spalona grzałka, albo zepsuł się programator.  Dzwoniłam dziś przed południem z prośbą o informację co dalej. Na razie cisza - serwis milczy, a ja miesiąc nie mam swojej pralki...

Refleksji nasuwa mi się kilka, ale powstrzymam się z wyrażeniem ich do czasu, aż odzyskam sprawną pralkę.

Myślę, że niebawem opiszę, ile trwa naprawa samochodu... ;)

21 lutego, 2016

14 miesięcy... i "Dobre i złe chwile"

Wracam z Mateuszem Ziółko, bo bardzo wiele się z nim kojarzy. Można by pomyśleć, że wyszłam i zgubiłam drogę do domu... 



I trochę tak było, ale nie dosłownie. Będę powoli wracać do "żywych". Wydarzyło się tak wiele, i spojrzenie na wiele spraw zmieniło barwy. W sumie naprawdę nie wiem od czego zacząć, i nawet teraz, gdy myślę o różnych wydarzeniach z ostatnich miesięcy łzy same płyną.
Wykorzystuję czas, bo u nas jeszcze tydzień ferii. Pogoda niestety niezimowa, więc raczej nici z jazdy na nartach... Trzeba za to wypełnić dzieciom możliwie jak najlepiej czas i dać im z tego co się da. 
Praca jest, więc nie mogłam doczekać się tego tygodnia - wreszcie upragniony urlop. Lubię to, co robię, ale wyczerpana jestem straszliwie. Cały etat, piątka dzieci i dom to duży wysiłek. Ale o tym kiedy indziej.
Dziś tylko tyle, że jestem i żyję. I wracam.