niedziela, 21 lutego 2016

14 miesięcy... i "Dobre i złe chwile"

Wracam z Mateuszem Ziółko, bo bardzo wiele się z nim kojarzy. Można by pomyśleć, że wyszłam i zgubiłam drogę do domu... 



I trochę tak było, ale nie dosłownie. Będę powoli wracać do "żywych". Wydarzyło się tak wiele, i spojrzenie na wiele spraw zmieniło barwy. W sumie naprawdę nie wiem od czego zacząć, i nawet teraz, gdy myślę o różnych wydarzeniach z ostatnich miesięcy łzy same płyną.
Wykorzystuję czas, bo u nas jeszcze tydzień ferii. Pogoda niestety niezimowa, więc raczej nici z jazdy na nartach... Trzeba za to wypełnić dzieciom możliwie jak najlepiej czas i dać im z tego co się da. 
Praca jest, więc nie mogłam doczekać się tego tygodnia - wreszcie upragniony urlop. Lubię to, co robię, ale wyczerpana jestem straszliwie. Cały etat, piątka dzieci i dom to duży wysiłek. Ale o tym kiedy indziej.
Dziś tylko tyle, że jestem i żyję. I wracam.
 


poniedziałek, 22 grudnia 2014

Boże, zamilkłam na tak długo, że aż sama sie dziwię...

Dzieje się bardzo dużo i na bloga zwyczajnie nie mam siły. Wstyd przyznać ile postów niedokończonych leży w "brudnopisie".

Od października zaczęłam nową pracę. W całkiem nowej dla mnie branży. 
W sumie wszystko potoczyło się zupełnie niespodziewanie. O tym, że muszę szukać pracy wiedziałam od kilku miesięcy. Mieliśmy temat obgadany z mężem. Na początku września zarejestrowałam się w urzędzie pracy. Byłam przekonana (i mąż podobnie), że poszukiwania pracy potrwają (przy dobrych wiatrach) kilka miesięcy. Na rozmowę wstępną w UP zostałam zapisana pod koniec września.
Jeśli ktoś przeszedł ścieżkę rejestracji, to wie, że teraz jest tak, iż każdy "petent" dostaje swojego "opiekuna". Następnie na podstawie doświadczenia zawodowego, wykształcenia, umiejętności i możliwości dokonywana jest klasyfikacja do jednego z trzech profili możliwości zawodowych. Komputer generuje wybór. W sumie najlepszy jest profil drugi, bo najkrócej - mówi on, że "petent" ma potencjał, może być dotowany i ewentualnie słany na kursy finansowane przez UP.
Po odpowiedzi na 24 pytania (jeśli dobrze pamiętam), zostałam przypisana do profilu drugiego. Moja opiekunka od razu przekazała mi informację, że jest oferta pracy, gdzie mogę aplikować. Tyle, że praca jest na pełny etat (ja na początek, z racji wieku Franka, chciałam czegoś na pół etatu). Cóż, darowanemu koniowi... Oczywiście ofertę przyjęłam i umówiłam się od razu na rozmowę kwalifikacyjną. Oprócz mnie były na to stanowisko jeszcze jakieś osoby. Na rozmowę nie przygotowywałam się ekstra, bo uznałam, że co ma być to będzie. Odpowiadałam na pytania szczerze i jak jest. Informację o tym, że jestem przyjęta otrzymałam po trzech dniach od rozmowy. Pierwsza rozmowa i od razu jest praca. Podbudowało mnie to, nie powiem.:)
No i od 9 października pracuję na cały etat. Moje dzieci w tempie ekspresowym musiały przestawić się na obecność babci w domu. Dzięki Bogu, mama przyjechała pomóc. Nie ma ze mną lekko (upierdliwa jestem strasznie). Mam nadzieję, że jeszcze trochę ze mną wytrzyma.
W sumie gdybym miała oddać Franka do prywatnego żłobka (na państwowy nie ma szans w takim czasie), to na niewiele opłaciłaby mi się ta praca. Tak przynajmniej załatamy powoli dziury.;)
Z perspektywy tych już ponad dwóch miesięcy, to bardzo cieszy mnie taki rozwój sytuacji. Pracuję z fajnymi ludźmi, bardzo podoba mi się to co robię, a wręcz z czasem coraz bardziej. Lubię kontakt z ludźmi, lubię uczyć się nowych rzeczy. Mimo, że w pracy zajęta jestem cały dzień, to jest to coś innego niż codzienne, całodzienne obowiązki w domu. Pracuję na zmiany, ale w godzinach jeszcze znośnych, bo czynne mamy od 7.00 do 18.00. 
Oczywiście obowiązków w domu nie ubyło, więc czas się skurczył. Zmiany czują też dzieci, a najbardziej jest to widoczne u Franka, który jak wracam, właściwie nie odchodzi ode mnie. On jest pierwszym dzieckiem, które tak szybko ma "zabraną" mamę na 1/3 dnia. Wiem, że "da radę", ale trochę mi przykro, że tak musi być.
Przygotowania do Świąt w toku. W miarę opanowane wszystko. Będzie też czas by odetchnąć. Na szczęście w firmie już w Wigilię jest odgórnie wolne.

"Ach witaj , Zbawco; z dawna żądany, tyle tysięcy lat wyglądany!
Na Ciebie króle, prorocy, czekali a Tyś tej nocy - Nam się objawił."

Na ten czas, 
czas, który jest już tak blisko, 
czas radowania się z Narodzenia Pana 
życzę Wam wszystkim zaglądającym tutaj
przede wszystkim 
spokoju, chwili refleksji i zadumy, 
odnowy serca i ducha,
radości z możliwości spędzenia czasu z najbliższymi,
radosnego kolędowania oraz
Wiary i Nadziei na nadchodzące jutro.

Pozdrawiam serdecznie, Rylka!

wtorek, 8 lipca 2014

Zrobiłam sobie próbę do opisania tego co u mnie. Domyślam się, że brzmi to trochę dziwnie. Moja próba wyglądała tak: usiadłam przed monitorem i zaczęłam się zastanawiać od czego zacząć... Długo się przybierałam, bo tyle czasu upłynęło, że nie wiem co ruszyć na początek. 
Podczas mojego milczenia: spędziliśmy w rodzinnej atmosferze Święta Wielkanocne z rodzicami/dziadkami i urodziny Tomeczka; był pogrzeb w bliskiej rodzinie i wizyta w przepięknym Przemyślu; był jednodniowy wypad do Krakowa na spotkanie z Przyjaciółmi (którzy na kilka dni tam zawitali); była Komunia Święta mojego Chrześniaka; były wizyty w różnych poradniach; były urodziny Marcinka bez świętowania; była Pielgrzymka Mężczyzn do Piekar i weekendowa wizyta Gości z tym związana; był Dzień Matki; był potworny ból kręgosłupa, zapalenie zatok i krtani i wiele, wiele innych codziennych przypadków...
Potem zawitał czerwiec, a w nim Dzień Dziecka, kolejne poradnie, plener zorganizowany przez nasze Muzeum Miejskie; zakończenie roku szkolnego i radość z rozpoczynających się wakacji.

Brzmi to niczym wyliczanka z kalendarza.
Wydarzenia o których mówię są różnego zabarwienia. O niektórych można pisać dużo i kwieciście, o innych najchętniej bym milczała. Samo życie, wiem - ale chciałabym się nim dzielić.

Dlatego będzie mały misz-masz i tematy nieco spóźnione, dorzucane na bieżąco.:)

A teraz pragnę się podzielić - właściwie już na dobranoc - tym, co mi dzisiaj w duszy gra...

Niebawem będzie mnie więcej. Dobranoc.:)